niedziela, 8 kwietnia 2018

Relacja - kampania NG - scenariusz 3


Dziś trzecia odsłona kampanii na Nowej Gwinei. Po lądowaniu w ramach Operacji Ri, nocnym rajdzie komandosów australijskich na tyły wroga przyszedł czas na walki opóźniające ruch Japończyków w głąb wyspy. Australijskie wojska terytorialne dowodzone przez doświadczonego majora Owena miały za zadanie powstrzymać ruch napastników na płaskowyżu z lotniskiem. Również tym razem walki miały toczyć się w nocy. Przeciwnik miał 50% przewagę liczebną i poprzedzał natarcie przygotowaniem ogniowym. Australijczycy byli okopani i gotowi do opóźniania (zasada "fighitng withrawal"). Tyle wstępu, oddajmy jednak głos naszemu bohaterowi: podporucznikowi Kelly'emu:

No cóż: nie zostałem komandosem i wróciłem do mojej macierzystej kompanii obrony terytorialnej. Jednostka uzupełniona po pierwszych bojach znowu weszła do akcji. Naszym nowym zadaniem było powstrzymać ruch nieprzyjaciela w głąb wyspy wzdłuż drogi Kokoda. Nasze pozycje rozmieściliśmy w okolicy lotniska na płaskowyżu. 

Do mojego plutonu został przydzielony jako "opiekun" major Owen, doświadczony dowódca, który sprawował faktyczne dowództwo nad moim oddziałem. Nie miałem żalu, że moja rola została zmarginalizowana, wszak do tej pory specjalnie nie wykazałem się na placu boju... Major rozmieścił nasze siły w dwóch liniach: w pierwszej 4 sekcje ogniowe + snajper i ciężki karabin maszynowy. W drugiej linii dwie pozostałe sekcje strzeleckie i moździerz. W odwodzie pozostawała jedynie rusznica przeciwpancerna. Major był przekonany, że Japończycy zaatakują - wedle swojego zwyczaju - nocą. W związku z tym oddziały okopały się i przygotowały zasadzki ogniowe. W stosownym momencie mieliśmy użyć flar oświecających. 


Nadszedł wreszcie spodziewany wieczór. Czujki doniosły o zbliżających się oddziałach japońskich. Nasze prawe skrzydło było gotowe do zasadzki ogniowej. Pozostali czekali na rozwój sytuacji.Wkrótce pojawienie się Japończyków zapowiedziała nawała z moździerzy. Część naszych schowała się głębiej w dołki strzelnicze ale strat nie było.


Nieprzyjaciel pojawił się od strony północnej i północno wschodniej. Najpierw dobiegły uszu prowokujące strzały snajperów, potem pojawiła się jedna sekcja piechoty. Do tego czasu na naszych pozycjach obowiązywał rozkaz: "wstrzymać ogień". Po godzinie major zdecydował się wypuścić pierwszą flarę. Niestety źle oceniliśmy odległość. Pierwsza z japońskich sekcji piechoty była co prawda w otwartym terenie jednak poza zasięgiem ognia karabinowego. Jedynie  operator karabinu maszynowego mógł się jako tako wykazać, dzięki temu nieprzyjaciel trzymał się bliżej poziomu trawy. Nasz pamiętający czasy Wielkiej Wojny karabin maszynowy Lewis na szczęście się nie zaciął.



Szybko okazało się, że pojawiająca się piechota miała za zadanie jedynie rozpoznać nasze pozycje. Już wkrótce z północnej strony płaskowyżu zaczęły pojawiać się główne siły japońskie. Widząc nieprzyjaciela major zdecydował wypuścić drugą flarę. Dzięki niej Japończycy trzymali się na dystans i prowadzili z nami walkę ogniową. Niestety w związku z tym pojawiły się pierwsze straty po naszej stronie. 

Po drugiej przyszła trzecia - ostatnia - flara. Wtedy Japończycy ruszyli do ataku od północy. Lewoskrzydłowa sekcja sierżanta Sharpa wystawiona na skoncentrowany ogień japońskich karabinów maszynowych topniała w oczach. W pewnym momencie przy świetle flary Japończycy zdecydowali się na szybki atak wręcz. Australijscy terytorialsi ulegli przewadze nieprzyjaciela i zostali wycięci do nogi. Japończycy zadowolili się chwilowo uzyskaną zdobyczą i przeszli do obrony. Na to właśnie czekała obsługa naszego moździerza. Kapral Lobber odmierzył odległość i wypuścił granat. Pierwszy spudłował, wprowadził poprawkę i drugi wszedł już w cel. Dwóch Japończyków zawyło z bólu i oddział skrył się w zajętych właśnie dołkach strzelniczych.





W tym samym mniej więcej momencie ze wschodu ruszył do ataku drugi oddział japońskiej piechoty. Miał przed sobą inną przetrzebioną sekcję naszej piechoty. Sprawa wydawała się przesądzona. Koncentryczny atak z dwóch stron musiał zakończyć się totalną klęską.


W tym jednak momencie do akcji wkroczył mjr Owen. Jego zimna krew i pogarda śmierci wlały nowego ducha w naszych żołnierzy. Kolejna salwa z lekkiego moździerza wpadła między Japończyków skutecznie zatrzymując ich w miejscu na dłuższy czas. Wszystkie sekcje piechoty niemal jednocześnie wykonywały rozkazy. Dzięki temu udało się całkowicie zmienić ugrupowanie tak, aby przygotować się na przyjęcie wrogiego ataku. 


Dwie sekcje piechoty usunęły się sprzed frontu nacierających od wschodu Japończyków i przygotowały zasadzkę na skrzydle. sekcja MMG zmieniła front na północ i także była gotowa do oddania salwy. Gdy tylko Japończycy z okrzykiem Banzai! zbliżyli się na bezpośrednią odległość przywitał ich skoncentrowany ogień ze skrzydła wybijając połowę żołnierzy. Ci, którzy dopadli do naszych atakowali dość niemrawo. Australijscy farmerzy bronili się twardo i walczyli do ostatniego ... Japońskiego żołnierza.




W rękach majora Owena nasze niedoświadczone wojsko zamieniło się w oddziały weteranów. Błyskawicznie zajmowano nowe pozycje tak aby optymalnie przygotować się na kolejne posunięcia nieprzyjaciela. W jednej chwili dwie odwodowe sekcje piechoty zajęły pozycje w domkach, a te postrzelane dotąd opóźniały wroga na przedpolu. Gdy przeciwnik był już bardzo blisko nagle ... walka ucichła. W tych zapasach po raz kolejny Japończycy nie dotrzymali pola Australijczykom. Jeszcze raz się udało - pomyślałem. Szczęście, że był między nami major Owen, gdyby nie on, nie wiem jakby się to mogło skończyć.

Tyle relacji naszego bohatera, który tym razem dzielnie - niczym sir Robin - wycofywał się z kolejnych pozycji i finalnie nie oddał ani jednego strzału w stronę nieprzyjaciela. Szczęśliwie nie musiał, bo faktycznym dowódcą australijskiego ugrupowania był major Owen.

Przy okazji tego scenariusza miałem okazję przekonać się jaką potęgą jest wyższy dowódca na polu walki. Wydanie rozkazów jednocześnie czterem dodatkowym oddziałom daje wielką przewagę. Pozwala nawet niedoświadczonej zgrai dotrzymać pola i wybijać po kolei wrogie jednostki, bądź bardzo szybko zmieniać ugrupowanie całego niemal plutonu w jednej sekundzie.

Inną ciekawostką, która przydała mi się w tej bitwie była jedna z australijskich cech narodowych: Fighting Withrawal, jak ulał pasująca do tej konkretnej bitwy. Każdy oddział australijski, wykonując rozkaz Advance (w kierunku własnej krawędzi stołu), może po zakończeniu ruchu przejść w Ambush. Dzięki tej zasadzie udało się powstrzymać japoński walec Banzai jaki toczył się w stronę moich pozycji

No i jeszcze Never Give up. Gonzo dostawał piany gdy szarżując moje oddziały nie mógł ich złamać za pierwszym razem. Zdarzyło się, że walka wręcz trwała 3 tury i na placu boju pozostali niedoświadczeni Australijczycy.

Czasem po cichu przyznaję Gonzowi rację, że Australijczycy są przepakowani nie tylko pod względem wzrostu ale i "walorów użytkowych", gdyż ich zdolności narodowe w 120% dyskontują cechy japońskie. Cóż jednak poradzić skoro dodatek pisał Australijczyk. Bliższa koszula ciału...

czwartek, 29 marca 2018

Artyleria spadochronowa - Warlord


Kilka broni wsparcia do polskich spadów z SBS. Na początek polski Polsten. Zakupiony specjalnie jako - jedyne - wsparcie do plutonu rozpoznawczego. Będzie towarzyszył swarmowi uzbrojonych jeepów.



Druga lekka haubica. Tym razem wedle nowej mody gdzie ludki są na innych podstawkach niż samo działo. Pomysł bardzo praktyczny ale czy ładnie wygląda? Mam wątpliwości.


Parka sekcji wkurzających lekkich moździerzy w gustownych szarych berecikach. Towarzyszy im zwykły spadochroniarz. Poznajecie ten kwadratowy ryj?

Niepowtarzalny Artizan Design - komandosi brytyjscy


Tych figurek nie da się pomylić z żadnymi innymi. Kwadratowe twarze neandertalczyków, heroiczne postawy i jeszcze bardziej heroiczna broń to wizytówka designu Artizan Design. Czy są to Niemcy z Arfika Korps, spadochroniarze od gen. Studenta, brytyjscy komandosi czy sowieccy partyzanci: wszyscy wyglądają identycznie. Można powiedzieć, że kwadratowe ryje w figurkach to wizytówka Artizana.



Pomimo tych karykaturalnych proporcji i specyficznych fizjonomii, muszę się przyznać, że bardzo lubię te figurki. Wszystkie - może z wyjątkiem brytyjskiej 25 funtówki, która jest jednym wielkim niewypałem - są naprawdę bardzo przyzwoicie wykonane i ich malowanie jest przyjemnością. Duża plastyczność, wyraźne, wypukłe detale pozwalają w dość łatwy sposób i bez szczególnie rozwiniętych umiejętności malarskich - jak np u mnie - osiągnąć zadowalający efekt. Poniżej pełna sekcja brytyjskich  komandosów by Artizan Design. Leżeli sobie w blisterkach dosć długo, aż w końcu nadszedł ich czas. Po skończeniu znowu wylądują w pudełku, a być może kiedyś znajdą zastosowanie w jakimś przemyślnym scenariuszu.


Ludki malowane w sposób prosty głównie farbami Vallejo: podstawowy kolor English uniform, oporządzenie Stone Grey, karabiny z czarnego zejście na Leather Brown do New wood, uzbrojenie Natural steel i highlight Mithril silver (lat 23). Ryje zalane Reikland flesh wash, a cała reszta Agrax Earthshade. Na koniec rozjaśnienia kolorami podstawowymi.

Posiadając także pewną ilość warlordowych komandosów z plastiku i zestawiając je z metalami Artizana muszę powiedzieć, że ... do artizanowych ryjów idzie się zdecydowanie przyzwyczaić. 

czwartek, 22 marca 2018

Z suwmiarką na ... Jeepa





English summary: Having few different casts of airborne jeep (two Warlords and Rubicon) I found that each of them is a bit ... different. Especially new Warlord model looks too big to me. That's why I decided to compare with original, primal dimensions of each model I have (older Warlord resin cast, Rubicon plastic, and finally new Warlord resin). 
Conclusion is, that new Warlord product is quite good at primal dimensions (average error is less than 2%) but wheels are much too big (+9% ). To have a proper jeep model we need new Warlord's cast (which is best of each compared) and use Rubicon's wheels the best af all models. 
 
Coś mi nie grało w nowym jeepie firmy Warlord. Nie byłem w stanie określić co mi przeszkadzało, wymiary, proporcje ale sprawiał wrażenie nie trafionego. Musiałem to sprawdzić.
Szczęśliwie mam chyba wszystkie modele jeepów w skali 1/56 jakie są dostępne. Dokupiłem szybko nowy produkt Warlorda i postanowiłem dokonać pomiarów.


Do testów użyłem trzech modeli jeepów używanych przez brytyjskich spadochroniarzy: stary Warlord, Rubicon, nowy Warlord.







 Pojazdy stojąc obok siebie, niezależnie: bokiem, przodem czy z góry wyglądają jakby były wykonane w trzech różnych skalach: najmniejszy stary Warlord, pośredni: Rubicon i największy Warlord nowy. Wizualnie można odnieść wrażenie, że różnica w skali pomiędzy poszczególnymi modelami jest podobna. 






Jako, że każdy z nich jest inny istnieje szansa, że któryś w większym stopniu niż inne będzie w lepszym kontakcie ze skalą oryginału. Jak najlepiej do tego podejść jeśli nie przy pomocy suwmiarki? Zatem do dzieła.

Wedle dostępnych danych technicznych pojazdu willys jeep miał 3360mm długości, 1575mm szerokości i 800mm średnicy koło. Oznacza to, że w skali model jeepa powinien mieć wymiary: 60x28,1mm i koło średnicy 14,3 mm. Zbadajmy zatem jak się sprawy mają.




Stosunkowo duże odchyłki można zaobserwować w przypadku starego modelu Warlorda. Rzecz spodziewana, inaczej nowy model nie byłby wprowadzany na rynek. Jak wyglądają pozostałe:






Rubicon wizualnie wygląda na dość proporcjonalny i w zestawieniu z figurkami dobrze się prezentuje. Jak jednak podda się testowi szkiełka i oka? Długość poprawna, podobnie średnica kół, jednak szerokość ... o 9% za mała. Sporo.





I wreszcie nowy Warlord. Główne pomiary niemal w punkt; długość i szerokość mają odchyłkę poniżej 2% jednak koło ...  o  9% za dużo. Nie bez przyczyny ten element gryzie w oczy i psuje ogólne wrażenie. To dzięki niemu model jako całość wydaje się zdecydowanie zbyt duży. +9% na średnicy koła to sporo.
W poniższej tabelce zestawienie wszystkich wymiarów dla wszystkich modeli.


Wynik wskazuje, że aby wykonać w miarę poprawny model willys jeepa w skali 1/56 należałoby kupić nowy zestaw Warlorda wymieniając koła na te dołączone do zestawu Rubcona. Stary Warlord to niemal zabaweczka. Odchyłki na głównych wymiarach rzędu -18% to bardzo dużo. Nie dziwi, że model został wycofany z produkcji.



Osobiście najbardziej podoba mi się model Rubicona i niedowózka w szerokości wydaje mi się mało widoczna. Mam ich kilka i raczej się nie pozbędę. Dywizjon rozpoznawczy 1DPD musi przecież czymś jeździć ... ?
Mam też kilka nowych modeli Warlorda, jeden z przyczepką i jeden w wersji sztabowej z radiostacją.
Może producent po cichu wymieni przerośnięte koła na bardziej proporcjonalne, może zdecyduję się na skopiowanie w żywicy elementów Rubicona. Jeszcze nie wiem ale temat jest rozwojowy.

W następnym docinku szkiełka i oka porównam 3 modele Shermana Firefly w podobnej konfiguracji: stary żywiczny Warlord, Blitzkrieg Miniatures (żywica) i nowy plastik Warlorda.

niedziela, 11 marca 2018

Relacja - kampania NG - scenariusz 2



Zgodnie z obietnicą przedstawiam relację z kolejnej: drugiej bitwy należącej do kampanii Nowa Gwinea, którą oglądać będziemy oczami młodego podporucznika Thomasa Kellego. Jego pierwsze doświadczenia z Japończykami mogliśmy obserwować w czasie operacji Ri, która o mały włos nie zakończyła się zejściem śmiertelnym naszego bohatera. Tym razem podporucznik Kelly po wyjściu ze szpitala i - jakim takim - podleczeniu oparzeń po spotkaniu z japońskim miotaczem ognia dołącza do grupy komandosów. Celem działań tej grupy jest - działając na zapleczu japońskich wojsk inwazyjnych - zmuszenie przeciwnika do większego respektu dla broniących wyspy wojsk australijskich. Doświadczeni żołnierze, wyposażeni obficie w broń automatyczną i materiały wybuchowe mieli zniszczyć japońską placówkę w jednej z nowogwinejskich wiosek. Oddajmy jednak głos naszemu bohaterowi.

Dwa miesiące zabrała mi rekonwalescencja po ranach nabytych w czasie lądowania Japończyków na Nowej Gwinei. W tym czasie wróg posuwając się raźno naprzód zajął sporty obszar północnej części wyspy. Nasze skromne wojska próbowały opóźniać ten marsz jednak zmuszone były - w związku z jego dużą przewagą liczebną - do wycofywania się na kolejne rubieże. Wychodząc ze szpitala nie miałem pojęcia gdzie obecnie stacjonuje moja macierzysta jednostka. W związku z niedoborem kadr dostałem nowy przydział do australijskiej jednostki specjalnej. 

Od razu zaangażowałem się w trening chcąc dorównać sprawnością moim kolegom z jednostki. Po krótkim czasie doszły rozkazy wykonania zadania na tyłach wojsk japońskich. Jako dobrze znający topografię wyspy zostałem wybrany do dowodzenia jedną z sekcji komandosów i poprowadzenia oddziału w nakazany obszar. 


 Następnego wieczora dwie sekcje commando w towarzystwie miejscowych przewodników wraz z trzema drużynami specjalnymi wyposażonymi w materiały wybuchowe ruszyły w kierunku północnym. Poruszając się nocami przez dżunglę stosunkowo łatwo udało nam się pokonać japońskie ubezpieczenia i dotrzeć do miejsca przeznaczenia, którym była niewielka wioska, gdzie stacjonowała jedna z nieprzyjacielskich jednostek. Skryci w dżungli obserwowaliśmy przez pewien czas wrogi teren. Opanowaliśmy rutynę wartowników i lokalizację większości wrogich pododdziałów w obrębie obozu.


Wreszcie, gdy warunki pogodowe sprzyjały, kapitan Stetson dowodzący całą naszą wyprawą wydał decyzję o ataku. 


Plan nocnego ataku zakładał, że dwie drużyny wyposażone w materiały wybuchowe miały dotrzeć najkrótszą drogą do domów, w których stacjonowały oddziały japońskie, trzecia sekcja miała podobne zadanie obchodząc wioskę od strony wschodniej. Gros sił komandosów: czyli dwie pełne sekcje miały za zadanie jak najszybciej dostać się do wnętrza wioski. Plan zakładał zsynchronizowany atak przy użyciu materiałów wybuchowych. Ocaleli wrogowie mieli zostać wyeliminowani przez nas ogniem broni maszynowej.

Atak rozpoczął się gdy wszyscy strażnicy zaczęli poruszać się w stronę południową. Dzięki temu nasze siły główne mogły bez przeszkód wejść do wioski.Niestety po stronie południowej znajdowały się nasze sekcje saperskie. 


 

Jedna z nich znalazła się na tyle blisko japońskiego strażnika, że wzbudziło  to jego zaniepokojenie. Obrócił głowę i zobaczył dwa tuziny komandosów wkraczających do wioski. Rozległ się gwizdek alarmu i japońscy żołnierze zaczęli się budzić. I tyle z efektu zaskoczenia.



Trzeba było podjąć walkę z przeciwnikiem dwukrotnie liczniejszym od sił własnych. Sekcje minerskie raczej nie miały już szans na podłożenie materiałów wybuchowych i zmuszone były improwizować. Para sierżanta Richardsona odważnie rzuciła się do ataku na stanowisko japońskiego ckm. Podbiegli na odległość szturmową i wymietli serię do okopu. Jeden z przeciwników osunął się śmiertelnie ranny. Niestety pozostali prędko dopadli do swojej broni i roznieśli lekkomyślnych komandosów. Pozostałe pary nie podejmowały tak karkołomnych działań i poczęły posuwać się ostrożnie naprzód w kierunku zabudowań.



Wewnątrz wioski siły główne napotkały oddział Japończyków dowodzony przez podporucznika i wdały się w z nim w wymianę ognia. Nieprzyjaciel ponosił straty i doraźnie sytuacja wyglądała na opanowaną. Wtem z pobliskiej chałupy wyskoczył tuzin skośnookich wojowników i z krzykiem "Banzai" rzucił się na dowodzoną przeze mnie sekcję commando. Cóż, nie miałem doświadczenia w tego typu walkach i dałem się zaskoczyć. Japończycy roznieśli nas na bagnetach. Większość moich żołnierzy zginęła, mnie udało się ukryć w gdzieś w krzakach. 



Dalsze losy starcia znam z relacji kapitana Stetsona. Nocna potyczka trwała do rana. Druga sekcja commando dokonała zemsty za straty poniesione przez pobratymców. Z bezpośredniej bliskości oddano celne salwy z całej posiadanej broni maszynowej dziesiątkując Japończyków, a następnie ruszono do walki wręcz gdzie bagnetem i kolbą wybito wrogi oddział. Po krótkiej chwili podobny los spotkał drugi z Japońskich oddziałów.
Tymczasem wrogi dowódca próbował bezskutecznie zaprowadzić ład w japońskich szeregach. W związku z tym schował się w jednym z domków próbował przeczekać bitwę. Nasza drużyna komandosów przeczesywała  teren wioski w jego poszukiwaniu.



Tymczasem  po południowej stronie wioski nasi saperzy włączyli się do działań. Jedna z par podczołgawszy się do karabinu maszynowego strzelającego na oślep w stronę dżungli rzuciła w okop granaty i w walce wręcz wyeliminowała oddział nieprzyjaciela, zajmując ich pozycję. Jeden z naszych saperów został w walce ciężko ranny i tym samym wyeliminowany z walki. Słysząc strzelaninę inna drużyna japońska ruszyła w stronę okopu celem odzyskania pozycji. Ocalały saper widząc przeważające siły wroga opuścił pozycję ewakuując i ewakuując rannego towarzysza umknął w stronę dżungli.



Po drugiej stronie wioski inna sekcja saperów próbowała podłożyć ładunki pod jedną z chat by zadać straty przebywającemu tam oddziałowi japońskiemu. Niestety dostrzeżeni i ostrzelani, zostali zmuszeni do schronienia się w sąsiednim budynku. Wymiana strzałów nie wróżyła powodzenia akcji. W związku z tym dwójka saperów potajemnie wyczołgała się z chaty, a następnie jednym susem dotarła do budynku zajmowanego przez wrogi oddział.


  
Po chwili drzwi i połowa chaty wyleciała w powietrze, czterech Japończyków padło, a reszta w oszołomieniu próbowała się zebrać. Wybuch był słyszalny i widoczny w całej wiosce. Inna z drużyn japońskich dostrzegając kolejne ognisko zagrożenia ruszyła pędem w tę stronę. Tymczasem saperzy wykonawszy zadanie wycofali się w kierunku dżungli. 

W centrum wioski drużyna komandosów zlokalizowała nieopatrznie ostrzeliwującego się z broni ręcznej japońskiego dowódcę i w szybkim ataku wręcz wyeliminowała go z dalszych  działań.

Walka dobiegła końca. Akcja typu "Hit and Run" zakończyła się pełnym sukcesem. Wojska japońskie w wiosce zostały zdziesiątkowane i - co najważniejsze - nabrały większego respektu do naszych wojsk. Kapitan Stetson został za tę akcję wyróżniony w rozkazie dowódcy batalionu, a ja ... cóż dostałem przeniesienie z powrotem do oddziałów milicji terytorialnej. To nic, jeszcze pokażę żółtkom, jak potrafi bronić swojej ziemi australijski oficer rezerwy. 

Tyle relacji podporucznika Kellego, którego niestety ominie dalsza kariera dowódcy oddziału komandosów ale najprawdopodobniej będzie miał jeszcze okazję wykazać się dowodząc oddziałami australijskiej obrony terytorialnej w niejednej bitwie.

Gdy patrzę na scenariusz Salamaua Raid to mieszają mi się dwa rodzaje uczuć:
Z jednej strony tego typu - niewielki w gruncie rzeczy - scenariusz (po każdej stronie jest nie więcej niż 5 kości) teoretycznie zapewnia dość dynamiczną rozgrywkę. Pierwsza część (tzw faza infiltracji) polegająca na zajęciu pozycji wyjściowych do ataku najbardziej przypomina mi grę Commandos Behind the enemy lines gdzie atakujący musi przechytrzyć zachowujących się mniej lub bardziej przewidywalnie wartowników.


Jednocześnie mam pewien niedosyt jeśli chodzi o zasady wykrycia wroga przez strażników. Odnoszę wrażenie, że atakujący ma nikłe szanse na skryte podejście pod wrogi obiekt. Jedynie większemu doświadczeniu i lepszemu uzbrojeniu moich wojsk mogę zawdzięczać końcowe zwycięstwo. Już w pierwszej turze wartownicy wroga zostali zaniepokojeni (samą obecnością mojego small teamu w odległości 12") i wykonali gwałtowny ruch, który doprowadził do wykrycia moich oddziałów i wzbudzenia alarmu. W tej sytuacji miałem do czynienia ze 100% sił nieprzyjaciela. Szczęśliwie udało mi się wyeliminować większą liczbę nieprzyjacielskich oddziałów i w porę czmychnąć do dżungli.
Ponadto zastanawia mnie w jaki sposób w fazie infiltracji powinny zachowywać się oddziały obrońcy pozostające w spoczynku (ich kości nie ma w worku). Zasady nie precyzują czy atakujący może czy też nie wyeliminować je bez wzbudzania alarmu, np. poprzez atak wręcz.

Podsumowując zasady Rajdu rokują, a scenariusz jest dość ciekawy, kameralny i teoretycznie krótki. Teoretycznie gdyż niejasne zasady Rajdu (lub też brak doświadczenia w poruszaniu się po nich) zmuszały nas do poświęcenia sporej ilości czasu na wyjaśnianie wątpliwości. Sprawę komplikowała dodatkowo walka nocna, która mocno determinowała sposób i możliwości prowadzenia walki. Mimo wykrytych mankamentów, chętnie zagrałbym jeszcze raz podobny scenariusz.

niedziela, 25 lutego 2018

wtorek, 20 lutego 2018

Powstanie Warszawskie 28mm. - Kickstarter


Kilka tygodni temu ruszył kickstarter, którego celem jest wydanie w tym roku serii modeli  wargamingowych w skali 28mm dedykowanych Powstaniu Warszawskiemu.

Sam projekt jest unikalny pod kilkoma względami


1. Powstał w Wielkiej Brytanii i jest prowadzony przez Brytyjczyka, miłośnika wargamingu: Jamiego Trantera

2. W projekt zostali zaangażowani znani na świecie rzeźbiarze wargamingowi, a produkcyjnie inicjatywę wspiera jeden z dynamiczniej rozwijających się producentów modeli do gier: Rubicon Models

3. Projekt jest bardzo dobrze osadzony w historii. Rzeźbiarze starają się maksymalnie wiernie odtworzyć uzbrojenie używane przez Powstańców w tym czasie. Między innymi powstaje model samochodu opancerzonego Kubuś, powstają dedykowane do tego projektu zestawy uzbrojenia: jak pistolet maszynowy Błyskawica czy powstańcze miotacze ognia. Wzorem do figurek są rzeczywiste zdjęcia Powstańców.







4. I wreszcie perełka: w poszukiwaniu materiałów do realizacji projektu Jamie dotarł do mieszkających na wyspach potomków Powstańców. Jednym z nich był malarz wargamingowy Peter Motas, którego babcia była sanitariuszką w czasie Powstania Warszawskiego. Owocem tego spotkania był projekt figurki sanitariuszki, wzorowany na osobie pani Danuty Motas.


Innym symbolicznym modelem jest figurka Eugeniusza Lokajskiego przedwojennego sportowca, miłośnika fotografii i uczestnika Powstania.


Nie wiem jak Wy ale ja jestem pod ogromnym wrażeniem i uważam, że projekt wart jest wsparcia.
Czas do 1 marca!