Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Gwinea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Gwinea. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 kwietnia 2018

Relacja - kampania NG - scenariusz 3


Dziś trzecia odsłona kampanii na Nowej Gwinei. Po lądowaniu w ramach Operacji Ri, nocnym rajdzie komandosów australijskich na tyły wroga przyszedł czas na walki opóźniające ruch Japończyków w głąb wyspy. Australijskie wojska terytorialne dowodzone przez doświadczonego majora Owena miały za zadanie powstrzymać ruch napastników na płaskowyżu z lotniskiem. Również tym razem walki miały toczyć się w nocy. Przeciwnik miał 50% przewagę liczebną i poprzedzał natarcie przygotowaniem ogniowym. Australijczycy byli okopani i gotowi do opóźniania (zasada "fighitng withrawal"). Tyle wstępu, oddajmy jednak głos naszemu bohaterowi: podporucznikowi Kelly'emu:

No cóż: nie zostałem komandosem i wróciłem do mojej macierzystej kompanii obrony terytorialnej. Jednostka uzupełniona po pierwszych bojach znowu weszła do akcji. Naszym nowym zadaniem było powstrzymać ruch nieprzyjaciela w głąb wyspy wzdłuż drogi Kokoda. Nasze pozycje rozmieściliśmy w okolicy lotniska na płaskowyżu. 

Do mojego plutonu został przydzielony jako "opiekun" major Owen, doświadczony dowódca, który sprawował faktyczne dowództwo nad moim oddziałem. Nie miałem żalu, że moja rola została zmarginalizowana, wszak do tej pory specjalnie nie wykazałem się na placu boju... Major rozmieścił nasze siły w dwóch liniach: w pierwszej 4 sekcje ogniowe + snajper i ciężki karabin maszynowy. W drugiej linii dwie pozostałe sekcje strzeleckie i moździerz. W odwodzie pozostawała jedynie rusznica przeciwpancerna. Major był przekonany, że Japończycy zaatakują - wedle swojego zwyczaju - nocą. W związku z tym oddziały okopały się i przygotowały zasadzki ogniowe. W stosownym momencie mieliśmy użyć flar oświecających. 


Nadszedł wreszcie spodziewany wieczór. Czujki doniosły o zbliżających się oddziałach japońskich. Nasze prawe skrzydło było gotowe do zasadzki ogniowej. Pozostali czekali na rozwój sytuacji.Wkrótce pojawienie się Japończyków zapowiedziała nawała z moździerzy. Część naszych schowała się głębiej w dołki strzelnicze ale strat nie było.


Nieprzyjaciel pojawił się od strony północnej i północno wschodniej. Najpierw dobiegły uszu prowokujące strzały snajperów, potem pojawiła się jedna sekcja piechoty. Do tego czasu na naszych pozycjach obowiązywał rozkaz: "wstrzymać ogień". Po godzinie major zdecydował się wypuścić pierwszą flarę. Niestety źle oceniliśmy odległość. Pierwsza z japońskich sekcji piechoty była co prawda w otwartym terenie jednak poza zasięgiem ognia karabinowego. Jedynie  operator karabinu maszynowego mógł się jako tako wykazać, dzięki temu nieprzyjaciel trzymał się bliżej poziomu trawy. Nasz pamiętający czasy Wielkiej Wojny karabin maszynowy Lewis na szczęście się nie zaciął.



Szybko okazało się, że pojawiająca się piechota miała za zadanie jedynie rozpoznać nasze pozycje. Już wkrótce z północnej strony płaskowyżu zaczęły pojawiać się główne siły japońskie. Widząc nieprzyjaciela major zdecydował wypuścić drugą flarę. Dzięki niej Japończycy trzymali się na dystans i prowadzili z nami walkę ogniową. Niestety w związku z tym pojawiły się pierwsze straty po naszej stronie. 

Po drugiej przyszła trzecia - ostatnia - flara. Wtedy Japończycy ruszyli do ataku od północy. Lewoskrzydłowa sekcja sierżanta Sharpa wystawiona na skoncentrowany ogień japońskich karabinów maszynowych topniała w oczach. W pewnym momencie przy świetle flary Japończycy zdecydowali się na szybki atak wręcz. Australijscy terytorialsi ulegli przewadze nieprzyjaciela i zostali wycięci do nogi. Japończycy zadowolili się chwilowo uzyskaną zdobyczą i przeszli do obrony. Na to właśnie czekała obsługa naszego moździerza. Kapral Lobber odmierzył odległość i wypuścił granat. Pierwszy spudłował, wprowadził poprawkę i drugi wszedł już w cel. Dwóch Japończyków zawyło z bólu i oddział skrył się w zajętych właśnie dołkach strzelniczych.





W tym samym mniej więcej momencie ze wschodu ruszył do ataku drugi oddział japońskiej piechoty. Miał przed sobą inną przetrzebioną sekcję naszej piechoty. Sprawa wydawała się przesądzona. Koncentryczny atak z dwóch stron musiał zakończyć się totalną klęską.


W tym jednak momencie do akcji wkroczył mjr Owen. Jego zimna krew i pogarda śmierci wlały nowego ducha w naszych żołnierzy. Kolejna salwa z lekkiego moździerza wpadła między Japończyków skutecznie zatrzymując ich w miejscu na dłuższy czas. Wszystkie sekcje piechoty niemal jednocześnie wykonywały rozkazy. Dzięki temu udało się całkowicie zmienić ugrupowanie tak, aby przygotować się na przyjęcie wrogiego ataku. 


Dwie sekcje piechoty usunęły się sprzed frontu nacierających od wschodu Japończyków i przygotowały zasadzkę na skrzydle. sekcja MMG zmieniła front na północ i także była gotowa do oddania salwy. Gdy tylko Japończycy z okrzykiem Banzai! zbliżyli się na bezpośrednią odległość przywitał ich skoncentrowany ogień ze skrzydła wybijając połowę żołnierzy. Ci, którzy dopadli do naszych atakowali dość niemrawo. Australijscy farmerzy bronili się twardo i walczyli do ostatniego ... Japońskiego żołnierza.




W rękach majora Owena nasze niedoświadczone wojsko zamieniło się w oddziały weteranów. Błyskawicznie zajmowano nowe pozycje tak aby optymalnie przygotować się na kolejne posunięcia nieprzyjaciela. W jednej chwili dwie odwodowe sekcje piechoty zajęły pozycje w domkach, a te postrzelane dotąd opóźniały wroga na przedpolu. Gdy przeciwnik był już bardzo blisko nagle ... walka ucichła. W tych zapasach po raz kolejny Japończycy nie dotrzymali pola Australijczykom. Jeszcze raz się udało - pomyślałem. Szczęście, że był między nami major Owen, gdyby nie on, nie wiem jakby się to mogło skończyć.

Tyle relacji naszego bohatera, który tym razem dzielnie - niczym sir Robin - wycofywał się z kolejnych pozycji i finalnie nie oddał ani jednego strzału w stronę nieprzyjaciela. Szczęśliwie nie musiał, bo faktycznym dowódcą australijskiego ugrupowania był major Owen.

Przy okazji tego scenariusza miałem okazję przekonać się jaką potęgą jest wyższy dowódca na polu walki. Wydanie rozkazów jednocześnie czterem dodatkowym oddziałom daje wielką przewagę. Pozwala nawet niedoświadczonej zgrai dotrzymać pola i wybijać po kolei wrogie jednostki, bądź bardzo szybko zmieniać ugrupowanie całego niemal plutonu w jednej sekundzie.

Inną ciekawostką, która przydała mi się w tej bitwie była jedna z australijskich cech narodowych: Fighting Withrawal, jak ulał pasująca do tej konkretnej bitwy. Każdy oddział australijski, wykonując rozkaz Advance (w kierunku własnej krawędzi stołu), może po zakończeniu ruchu przejść w Ambush. Dzięki tej zasadzie udało się powstrzymać japoński walec Banzai jaki toczył się w stronę moich pozycji

No i jeszcze Never Give up. Gonzo dostawał piany gdy szarżując moje oddziały nie mógł ich złamać za pierwszym razem. Zdarzyło się, że walka wręcz trwała 3 tury i na placu boju pozostali niedoświadczeni Australijczycy.

Czasem po cichu przyznaję Gonzowi rację, że Australijczycy są przepakowani nie tylko pod względem wzrostu ale i "walorów użytkowych", gdyż ich zdolności narodowe w 120% dyskontują cechy japońskie. Cóż jednak poradzić skoro dodatek pisał Australijczyk. Bliższa koszula ciału...

niedziela, 11 marca 2018

Relacja - kampania NG - scenariusz 2



Zgodnie z obietnicą przedstawiam relację z kolejnej: drugiej bitwy należącej do kampanii Nowa Gwinea, którą oglądać będziemy oczami młodego podporucznika Thomasa Kellego. Jego pierwsze doświadczenia z Japończykami mogliśmy obserwować w czasie operacji Ri, która o mały włos nie zakończyła się zejściem śmiertelnym naszego bohatera. Tym razem podporucznik Kelly po wyjściu ze szpitala i - jakim takim - podleczeniu oparzeń po spotkaniu z japońskim miotaczem ognia dołącza do grupy komandosów. Celem działań tej grupy jest - działając na zapleczu japońskich wojsk inwazyjnych - zmuszenie przeciwnika do większego respektu dla broniących wyspy wojsk australijskich. Doświadczeni żołnierze, wyposażeni obficie w broń automatyczną i materiały wybuchowe mieli zniszczyć japońską placówkę w jednej z nowogwinejskich wiosek. Oddajmy jednak głos naszemu bohaterowi.

Dwa miesiące zabrała mi rekonwalescencja po ranach nabytych w czasie lądowania Japończyków na Nowej Gwinei. W tym czasie wróg posuwając się raźno naprzód zajął sporty obszar północnej części wyspy. Nasze skromne wojska próbowały opóźniać ten marsz jednak zmuszone były - w związku z jego dużą przewagą liczebną - do wycofywania się na kolejne rubieże. Wychodząc ze szpitala nie miałem pojęcia gdzie obecnie stacjonuje moja macierzysta jednostka. W związku z niedoborem kadr dostałem nowy przydział do australijskiej jednostki specjalnej. 

Od razu zaangażowałem się w trening chcąc dorównać sprawnością moim kolegom z jednostki. Po krótkim czasie doszły rozkazy wykonania zadania na tyłach wojsk japońskich. Jako dobrze znający topografię wyspy zostałem wybrany do dowodzenia jedną z sekcji komandosów i poprowadzenia oddziału w nakazany obszar. 


 Następnego wieczora dwie sekcje commando w towarzystwie miejscowych przewodników wraz z trzema drużynami specjalnymi wyposażonymi w materiały wybuchowe ruszyły w kierunku północnym. Poruszając się nocami przez dżunglę stosunkowo łatwo udało nam się pokonać japońskie ubezpieczenia i dotrzeć do miejsca przeznaczenia, którym była niewielka wioska, gdzie stacjonowała jedna z nieprzyjacielskich jednostek. Skryci w dżungli obserwowaliśmy przez pewien czas wrogi teren. Opanowaliśmy rutynę wartowników i lokalizację większości wrogich pododdziałów w obrębie obozu.


Wreszcie, gdy warunki pogodowe sprzyjały, kapitan Stetson dowodzący całą naszą wyprawą wydał decyzję o ataku. 


Plan nocnego ataku zakładał, że dwie drużyny wyposażone w materiały wybuchowe miały dotrzeć najkrótszą drogą do domów, w których stacjonowały oddziały japońskie, trzecia sekcja miała podobne zadanie obchodząc wioskę od strony wschodniej. Gros sił komandosów: czyli dwie pełne sekcje miały za zadanie jak najszybciej dostać się do wnętrza wioski. Plan zakładał zsynchronizowany atak przy użyciu materiałów wybuchowych. Ocaleli wrogowie mieli zostać wyeliminowani przez nas ogniem broni maszynowej.

Atak rozpoczął się gdy wszyscy strażnicy zaczęli poruszać się w stronę południową. Dzięki temu nasze siły główne mogły bez przeszkód wejść do wioski.Niestety po stronie południowej znajdowały się nasze sekcje saperskie. 


 

Jedna z nich znalazła się na tyle blisko japońskiego strażnika, że wzbudziło  to jego zaniepokojenie. Obrócił głowę i zobaczył dwa tuziny komandosów wkraczających do wioski. Rozległ się gwizdek alarmu i japońscy żołnierze zaczęli się budzić. I tyle z efektu zaskoczenia.



Trzeba było podjąć walkę z przeciwnikiem dwukrotnie liczniejszym od sił własnych. Sekcje minerskie raczej nie miały już szans na podłożenie materiałów wybuchowych i zmuszone były improwizować. Para sierżanta Richardsona odważnie rzuciła się do ataku na stanowisko japońskiego ckm. Podbiegli na odległość szturmową i wymietli serię do okopu. Jeden z przeciwników osunął się śmiertelnie ranny. Niestety pozostali prędko dopadli do swojej broni i roznieśli lekkomyślnych komandosów. Pozostałe pary nie podejmowały tak karkołomnych działań i poczęły posuwać się ostrożnie naprzód w kierunku zabudowań.



Wewnątrz wioski siły główne napotkały oddział Japończyków dowodzony przez podporucznika i wdały się w z nim w wymianę ognia. Nieprzyjaciel ponosił straty i doraźnie sytuacja wyglądała na opanowaną. Wtem z pobliskiej chałupy wyskoczył tuzin skośnookich wojowników i z krzykiem "Banzai" rzucił się na dowodzoną przeze mnie sekcję commando. Cóż, nie miałem doświadczenia w tego typu walkach i dałem się zaskoczyć. Japończycy roznieśli nas na bagnetach. Większość moich żołnierzy zginęła, mnie udało się ukryć w gdzieś w krzakach. 



Dalsze losy starcia znam z relacji kapitana Stetsona. Nocna potyczka trwała do rana. Druga sekcja commando dokonała zemsty za straty poniesione przez pobratymców. Z bezpośredniej bliskości oddano celne salwy z całej posiadanej broni maszynowej dziesiątkując Japończyków, a następnie ruszono do walki wręcz gdzie bagnetem i kolbą wybito wrogi oddział. Po krótkiej chwili podobny los spotkał drugi z Japońskich oddziałów.
Tymczasem wrogi dowódca próbował bezskutecznie zaprowadzić ład w japońskich szeregach. W związku z tym schował się w jednym z domków próbował przeczekać bitwę. Nasza drużyna komandosów przeczesywała  teren wioski w jego poszukiwaniu.



Tymczasem  po południowej stronie wioski nasi saperzy włączyli się do działań. Jedna z par podczołgawszy się do karabinu maszynowego strzelającego na oślep w stronę dżungli rzuciła w okop granaty i w walce wręcz wyeliminowała oddział nieprzyjaciela, zajmując ich pozycję. Jeden z naszych saperów został w walce ciężko ranny i tym samym wyeliminowany z walki. Słysząc strzelaninę inna drużyna japońska ruszyła w stronę okopu celem odzyskania pozycji. Ocalały saper widząc przeważające siły wroga opuścił pozycję ewakuując i ewakuując rannego towarzysza umknął w stronę dżungli.



Po drugiej stronie wioski inna sekcja saperów próbowała podłożyć ładunki pod jedną z chat by zadać straty przebywającemu tam oddziałowi japońskiemu. Niestety dostrzeżeni i ostrzelani, zostali zmuszeni do schronienia się w sąsiednim budynku. Wymiana strzałów nie wróżyła powodzenia akcji. W związku z tym dwójka saperów potajemnie wyczołgała się z chaty, a następnie jednym susem dotarła do budynku zajmowanego przez wrogi oddział.


  
Po chwili drzwi i połowa chaty wyleciała w powietrze, czterech Japończyków padło, a reszta w oszołomieniu próbowała się zebrać. Wybuch był słyszalny i widoczny w całej wiosce. Inna z drużyn japońskich dostrzegając kolejne ognisko zagrożenia ruszyła pędem w tę stronę. Tymczasem saperzy wykonawszy zadanie wycofali się w kierunku dżungli. 

W centrum wioski drużyna komandosów zlokalizowała nieopatrznie ostrzeliwującego się z broni ręcznej japońskiego dowódcę i w szybkim ataku wręcz wyeliminowała go z dalszych  działań.

Walka dobiegła końca. Akcja typu "Hit and Run" zakończyła się pełnym sukcesem. Wojska japońskie w wiosce zostały zdziesiątkowane i - co najważniejsze - nabrały większego respektu do naszych wojsk. Kapitan Stetson został za tę akcję wyróżniony w rozkazie dowódcy batalionu, a ja ... cóż dostałem przeniesienie z powrotem do oddziałów milicji terytorialnej. To nic, jeszcze pokażę żółtkom, jak potrafi bronić swojej ziemi australijski oficer rezerwy. 

Tyle relacji podporucznika Kellego, którego niestety ominie dalsza kariera dowódcy oddziału komandosów ale najprawdopodobniej będzie miał jeszcze okazję wykazać się dowodząc oddziałami australijskiej obrony terytorialnej w niejednej bitwie.

Gdy patrzę na scenariusz Salamaua Raid to mieszają mi się dwa rodzaje uczuć:
Z jednej strony tego typu - niewielki w gruncie rzeczy - scenariusz (po każdej stronie jest nie więcej niż 5 kości) teoretycznie zapewnia dość dynamiczną rozgrywkę. Pierwsza część (tzw faza infiltracji) polegająca na zajęciu pozycji wyjściowych do ataku najbardziej przypomina mi grę Commandos Behind the enemy lines gdzie atakujący musi przechytrzyć zachowujących się mniej lub bardziej przewidywalnie wartowników.


Jednocześnie mam pewien niedosyt jeśli chodzi o zasady wykrycia wroga przez strażników. Odnoszę wrażenie, że atakujący ma nikłe szanse na skryte podejście pod wrogi obiekt. Jedynie większemu doświadczeniu i lepszemu uzbrojeniu moich wojsk mogę zawdzięczać końcowe zwycięstwo. Już w pierwszej turze wartownicy wroga zostali zaniepokojeni (samą obecnością mojego small teamu w odległości 12") i wykonali gwałtowny ruch, który doprowadził do wykrycia moich oddziałów i wzbudzenia alarmu. W tej sytuacji miałem do czynienia ze 100% sił nieprzyjaciela. Szczęśliwie udało mi się wyeliminować większą liczbę nieprzyjacielskich oddziałów i w porę czmychnąć do dżungli.
Ponadto zastanawia mnie w jaki sposób w fazie infiltracji powinny zachowywać się oddziały obrońcy pozostające w spoczynku (ich kości nie ma w worku). Zasady nie precyzują czy atakujący może czy też nie wyeliminować je bez wzbudzania alarmu, np. poprzez atak wręcz.

Podsumowując zasady Rajdu rokują, a scenariusz jest dość ciekawy, kameralny i teoretycznie krótki. Teoretycznie gdyż niejasne zasady Rajdu (lub też brak doświadczenia w poruszaniu się po nich) zmuszały nas do poświęcenia sporej ilości czasu na wyjaśnianie wątpliwości. Sprawę komplikowała dodatkowo walka nocna, która mocno determinowała sposób i możliwości prowadzenia walki. Mimo wykrytych mankamentów, chętnie zagrałbym jeszcze raz podobny scenariusz.

środa, 14 lutego 2018

Wellcome to the jungle


Przygotowując się do kolejnej bitwy kampanii Nowa Gwinea musiałem nieco popracować nad terenem. Wyspa to wszak teren pokryty często-gęsto dżunglą i w takim właśnie terenie przyjdzie nam się z Gonzem zmierzyć następnym razem.
Jako, że dżungla składa się głównie z  ... dżungli czyli różnorodnych roślinek gęściej lub rzadziej uplasowanych zatem teren jakiego będziemy potrzebować powinien spełniać następujące kryteria:

- powinno być go dużo

- powinien być łatwy w budowie
- różnorodny
- estetyczny
- bez szaleństw cenowych
- składany

Istotną inspiracją w budowie był dla mnie - jak zwykle - Mel Bose Terrain Tutor

Pierwsze, drugie i trzecie kryterium zawęziło mi pole manewru do produktów adaptowanych, w związku z czym częściej zacząłem odwiedzać sklepy zoologiczne. Kryterium szóste kazało mi zaprzyjaźnić się ze sprzedawcami znad Huang-Ho. Kryterium czwarte pozwoliło mi na pewną dozę subiektywizmu.

Materiały

Do zrobienia podstawek wykorzystałem stare płyty CD (a może DVD?) i a do większych spienione PCV grubości 3mm. Oba materiały zapewniały mi sztywność podstawek.
Roślinność wysoka to plastikowe palmy, średnia to sztuczne rośliny akwariowe. Wszystkie materiały kupione w Chinach i ... w Czechach gdzie udało mi się znaleźć ładne wzory roślin wielkolistnych i pomniejszych traw. Podłoże to wysuszona zużyta kawa (dobrze sprawdza się jako świeża ziemia) i posypka trawiasta w kilku kolorach. Na kilku podstawkach próbowałem sił - oceńcie na ile udatnie - ze starymi martwymi drzewami. Pnie wyciąłem z korzeni dostępnych w sklepach zoologicznych.



Zważywszy na kryterium siódme roślinność wysoka musiała być demontowalna aby podstawki można skompaktować w pudełkach, podobnie jak drzewka. Dla uzyskania  żądanego efektu każde drzewko otrzymało gniazdo na wpust ukryte w uformowanym na kształt bulwy korzeniowej kawałku styroduru. 



Styrodur umieszczony gdzieniegdzie na podstawkach pozwalał wygodnie osadzać roślinność średniej wielkości . Zanim jednak do tego doszło całość podstawki została pomalowana podkładem Raw Umber z dodatkiem PVA, potem dodane gdzieniegdzie kamienie, a po wyschnięciu pokryta ziemią z kawy. Jako, że wszystkie podstawki będą stały na macie trawiastej brzegi podstawek dostały modulowaną kolorystycznie zewnętrzną obwódkę z trawiastej posypki. Następny etap do sealing mocno rozrzedzonym PVA z psikawki i zabawa w ogrodnika.



Starałem się nadać jak największą różnorodność podstawkom aby - w moim pojęciu najbardziej przypominały dżunglę. Jak to wyszło oceńcie sami.




 
Pomysł z demontowalnymi drzewkami ma jeszcze jedną zaletę. Nie muszę kupować oddzielnych palm na teren pustynny ;)










sobota, 3 lutego 2018

Relacja - kampania NG - scenariusz 1

 
Jakiś czas temu dyskutowaliśmy z Gonzem na temat scenariuszy publikowanych w książce kampanii Nowa Gwinea. Uznaliśmy, że pojedyncze gry nie rokują ale spróbujemy rozegrać je jako ciąg gier połączonych ze sobą w jakiś sposób elementem fabularnym i dodatkowym warunkiem zwycięstwa, który uatrakcyjniłby rozgrywkę.
Ponieważ jednym z takich elementów wiążących scenariusze miała być postać dowódcy i jego rozwój niech ta kampania będzie jak powieść w odcinkach. O kolejnych wydarzeniach na froncie opowiadać będzie od strony australijskiej jej główny bohater: Thomas Kelly, świeżo powołany podporucznik wysłany ze swym oddziałem na Nową Gwineę.

Nazywam się Thomas Kelly i jestem nauczycielem szkoły elementarnej w małej miejscowości w Nowej Południowej Walii. Mam kochającą żonę i trójkę dzieci. W 1941 roku gazety donosiły o dość niepokojących zachowaniach Japończyków w Azji. Dopóki prowadzili oni działania wojenne w Chinach mało się nimi przejmowaliśmy. Jednak gdy zaczęli posuwać się na południe zajmując kolejne obszary, począł się budzić w nas niepokój, Upadek Singapuru, a nade wszystko zniszczenie floty Pacyfiku w Pearl Harbor zmroziło nasze serca. Australia będzie następna, mówili. 
Nasze wojska dzielnie walczyły w Afryce Północnej ale w kraju brakowało wojska. Do obrony terytorialnej powoływano ochotników. Zaciągnąłem się i ja. Dziwne to było wojsko i marnie wyekwipowane. Woźnice, pasterze i cieśle, a dowodzili nimi nauczyciele, pastorzy i lekarze. Niewiele wiedzieliśmy o wojaczce, bo kadry znajdowały się na froncie europejskim. a szkolenia prowadzili weterani z lat Wielkiej Wojny, którzy lata swojej największej sprawności mieli już za sobą, a i doświadczenia wojenne mieli dość wiekowe. Uzbrojenie i wyposażenie także pamiętało czas Wielkiej Wojny. Cóż jednak począć, trzeba było walczyć tym co było w dyspozycji.
Z początkiem 1942 roku, po krótkim przeszkoleniu zostałem z moim oddziałem przerzucony na Nową Gwineę, która - jak mówiono - była kluczem do Australii. Znaliśmy swoje słabości ale nie mieliśmy zamiaru łatwo się poddać.

Pluton, którym dowodziłem był jednym z wielu wysłanych do obrony plaż przed siłami inwazyjnymi. Do dyspozycji mieliśmy łopatki saperskie i kilkanaście zwojów drutu kolczastego. Zdawaliśmy sobie sprawę, że długo nie wytrzymamy ale naszym celem było opóźnienie działań nieprzyjaciela i uzyskanie o nim jak największej ilości informacji.
Po kilku dniach moje Kangury wgryzły się w ziemię na skraju plaży, chroniąc się przed atakiem piechoty kozłami z drutu kolczastego. Do dyspozycji miałem pięć pełnych sekcji po 10 ludzi, częściowo wyekwipowanych w stare karabiny maszynowe Lewis, pojedynczy ckm Vickers i (na wypadek gdyby na plaży pojawiły się czołgi) rusznicę Boys. Plutonem opiekował się stary kapitan Smith, który od początku odpowiadał za organizację mojego oddziału. 
W pierwszej linii okopów miejsca zajmowały sekcje sierżantów: Donovana, Croucha i  Willisa. Środek pozycji osłaniał pojedynczy ckm, a na prawym skrzydle usadowiła się obsługa rusznicy Boys. 
W drugiej linii zachowałem - zgodnie z radą kapitana Smitha - dwie sekcje piechoty, gotowe do zaangażowania się na najbardziej zagrożonym odcinku. Odwodem zarządzał kapitan Smith.
Tymczasem czekaliśmy.


I doczekaliśmy się. Zaczęło się od tego, że Japończycy zajęli Nową Brytanię. Nasi stawiali opór lecz musieli się wycofać. Pojawienie się żółtków było teraz kwestią najbliższych dni. Pewnego wieczoru uszom naszym dał się słyszeć jakiś wzmożony hałas. W kierunku plaż zaczęły zbliżać się łodzie desantowe pełne Japończyków. W tym samym momencie przybiegł goniec z batalionu, z rozkazami: mamy się utrzymać przez 6 godzin, może godzinę dłużej.


Szli jak po swoje nie zachowując w ogóle środków ostrożności. Zachowywali się głośno, a po wylądowaniu rozniecili na plażach ogniska. Widać ich było jak na dłoni. Szkoda było zmarnować taką okazję. Pozostające w gotowości oddziały przymierzyły do najbliższej grupy Japończyków. Skoncentrowany ogień skosił oddział nieprzyjaciela, który nie miał gdzie się ukryć.



Straty zadane wrogowi bardzo podbudowały moich żołnierzy. Nieprzyjaciel, przed którym wiele serc drżało okazał się być tylko człowiekiem podatnym na kule karabinowe jak każdy inny. Kłopot polegał na tym, że otwierając ogień odkryliśmy własne pozycje. 

 Od tej pory nieprzyjaciel zaczął poruszać się powoli i ostrożniej. Od czasu do czasu wprawne oko australijskiego myśliwego dopatrzyło się jakichś postaci brnących przez szeroką plażę. W takich sytuacjach oddawano strzały i kiedy-niekiedy żółty żołdak padał z jękiem.

Po dłuższym czasie Japończycy dotarli do zapory z drutu kolczastego próbując ją sforsować. Wyglądało to tak jakby nie zostali wyposażeni w narzędzia do jego cięcia. Do forsowania przeszkody używali bagnetów piekląc się przy tym po japońsku. Jedynie na lewym skrzydle zapora została szybko sforsowana i żółtki ruszyły w stronę - bliskich już - naszych pozycji. 



Pierwszy z oddziałów został przywitany skoncentrowanym ogniem trzech sekcji. Poniósł ciężkie straty ale posuwał się dalej. Niepokój budziła złowroga postać z dużą bańką na plecach i chustką na twarzy. Wprawni strzelcy próbowali ustrzelić tę postać ale bezskutecznie. Za oddziałem posuwał się następny poganiany przez japońskiego oficera.Wróg ponosił straty ale parł dalej. Podszedłszy blisko naszych pozycji skoncentrował swój ogień na skrajnej lewej sekcji sierżanta Donovana przygważdżając ją do ziemi. Pojawiły się też pierwsze straty.
 

W międzyczasie na prawym skrzydle wrogowi udało się przy pomocy zaimprowizowanych narzędzi sforsować przeszkodę przeciwpiechotną. Na tym skrzydle walczyła jedna sekcja piechoty. Ogień prowadził również Boys ustrzeliwując - o dziwo - od czasu do czasu jakiegoś Japończyka. Żółci podchodzili pod nasze pozycje.



Na lewym skrzydle nieprzyjaciel doszedł na odległość szturmową. Nagle postać w chustce zakrzyknęła coś po japońsku i z dyszy, którą brałem wcześniej za karabin wydobył się słup ognia. Na szczęście Japończyk chybił. 
Sekcja sierżanta Donowana dostała rozkaz ruszenia do kontrataku i zlikwidowania miotacza ognia. Niestety żołnierze skulili się w okopie i nie chcieli ruszyć do walki. Sąsiednia sekcja sierżanta Croucha ostrzeliwała z bezpośredniej odległości drugi z japońskich oddziałów zadając mu straty.


 Ta sytuacja nie mogła się dobrze skończyć. Skoro miotacz pozostał nienaruszony kwestią czasu było, iżby posłał po raz kolejny swój śmiercionośny ładunek nieco lepiej tym razem celując. I wkrótce się to stało: postać w chustce wychynęła zza jakiegoś krzaka i bluznęła ogniem wprost w miejsce gdzie ukryci byli żołnierze Donovana. Straszliwy krzyk  był oznaką na ile wroga broń była skuteczna. Sekcja sierżanta przestała istnieć. Na taki ogień najlepsza jest zimna krew. Osłabiony oddział japoński który wysforował się zanadto do przodu stracił czujność. Wysłałem rozkaz do sierżanta Croucha aby skoczył i bagnetem wykłuł nieprzyjaciela. Sekcja czym prędzej opuściła okop i rzuciła się na nieprzyjaciela wybijając go do nogi. Jeden z własnych ludzi został w tej walce ranny ale zdobyte w walce doświadczenie przysporzyło żołnierzom pewności siebie.



Na prawym skrzydle sprawy nie wyglądały dobrze. Nadciągający z plaży przeciwnik unieszkodliwił rusznicę przeciwpancerną i wpadł w nasze okopy. Rozpoczęła się wymiana ognia z sekcją sierżanta Willisa. W centrum powstał nowy wyłom w zasiekach, przez który w naszą stronę sypnęła się kolejna grupa Japończyków.


Wróg poczynał sobie dość zuchwale ale ponosił straty. Sierżant Willis - w cywilu mechanik samochodowy i lokalny zabijaka opuścił okop i postanowił szukać szczęścia w walce wręcz.
Zaskoczeni Japończycy nie mieli czasu otworzyć ognia do zbliżających się żołnierzy Willisa. Japoński oddział przestał istnieć. Żołnierze Willisa bezpiecznie wrócili na swoje pozycje. 


 Na lewym skrzydle sytuacja wydawała się wyjaśniona. Jeszcze jeden skok Croucha i japoński miotacz przestałby się naprzykrzać. Większy mój niepokój budziło skrzydło prawe którego ... w zasadzie nie było. W związku z tym cały odwód rozkazałem przesunąć w tamten rejon. Dochodziła szósta godzina walki zatem zgodnie z planem mieliśmy się zaraz wycofać. W tym samym momencie jednak pojawił się goniec informując, że musimy wytrzymać jeszcze dwie godziny. 



Misterny plan prysł. Czyżby sierżant Crouch zbytnio zachłysnął się swoim zwycięstwem dość, że wrogi miotacz wskoczył do okopu i rzygnął ogniem w stronę naszych żołnierzy. Sekcja sierżanta Croucha spanikowała, jego ludzie rozbiegli się na wszystkie strony. 



Zrobiło się nieco nerwowo. Lewe skrzydło, które wydawało się bezpieczne ziało niepokojącą dziurą, a skrzydło prawe zdawało się bardziej bezpieczne. A skoro już o tym mowa, na skrzydle prawym Japończycy ruszyli w głąb lądu. Dwie sekcje piechoty odwodowej wraz z pocztem kapitana Smitha ostrzeliwało ich z boku zadając straty. Niestety oddział japoński wyrwał się.


W tym samym czasie na lewym skrzydle zrobiło się dziwnie cicho. Słychać było tylko dźwięki postaci pobrzękującej mieczem. Niestety postać pozostawała niewidoczna i niemożliwym było ruszenie jej śladem. Minęła już ósma godzina wali i adiutant zwijał stanowisko dowodzenia gdy tuż przed moim okopem stanęła postać z chustką na twarzy, zakrzyknęła coś gardłowo i bluznęła w moim kierunku ogniem.




Obudziłem się w szpitalu. Całą głowę i ręce miałem zabandażowane. Na nocnym stoliku stał wazonik z kwiatami, pudełeczko i list. W pudełeczku znalazłem order za odwagę. List okazał się być odpisem rozkazu dowódcy pułku, w którym gratulował mojemu plutonowi doskonałej postawy żołnierskiej, która przyczyniła się do osiągnięcia zakładanych celów. A więc wygraliśmy! Co za szczęście. Dopiero później dowiedziałem się, że z pierwszej fali japońskiego desantu przedarły się w głąb lądu pojedyncze oddziały. Zadanie zostało wykonane. 
Dopóki rany od oparzeń się nie wygoją pozostanę w szpitalu, a potem wrócę na front. Ciekawe czy spotkam swoich towarzyszy broni ... ?

Tyle relacji podporucznika Kellego, który zwycięstwo na plaży przypłacił niemal własnym życiem. Gdy patrzę na scenariusz Operation Ri myślę sobie, że jest tu sporo do poprawienia.

Czas. Celem Japończyków jest w tym scenariuszu opuszczenie planszy przez australijską krawędź. Zakładając, że będą posuwali się naprzód z maksymalną dozwoloną prędkością przy założonym czasie trwania scenariusza nie mają szans na realizację tego zadania

Przeszkody. Gracz japoński ma przed sobą linię zapór przeciwpiechotnych, do których sforsowania nie ma dostępnych narzędzi. Jedyną nadzieją dla nich są saperzy wyposażeni w odpowiedni sprzęt. Ale czy wyłom wykonany przez ten oddział pozwoli osiągnąć sukces? Wszak to przed inżynierami przeciwnik ustawi najsilniejszą zaporę piechoty ...?

Przygotowanie artyleryjskie: gracz japoński nie posiada w tym scenariuszu możliwości zmiękczenia australijskiej obrony. Idzie w kierunku okopów na spotkanie ze swoim przeznaczeniem

Aby scenariusz był grywalny postanowiliśmy wydłużyć go o dwie tury i skrócić szerokość trudnego terenu do 24".


Przed nami kolejna bitwa. Tym razem australijscy komandosi spróbują zaskoczyć we wiosce śpiących Japończyków. Scenariusz zapowiada się ciekawie gdyż jest skonstruowany na zasadach Raiding, gdzie w pierwszej części gry Atakujący próbuje ominąć, względnie wyeliminować wrogich strażników a w drugiej następuje realna walka. A relacja z tej bitwy już wkrótce!

wtorek, 9 stycznia 2018

Kampania: Nowa Gwinea - home lifting



Kampania według słownika języka polskiego to: "ciąg działań wojennych na jakimś terytorium objętych wspólnym planem". Słówko "ciąg" nie pasuje mi nijak do żadnej z "Campaign books" wydawanych przez Warlord Games suplementów do gry Bolt Action. Przykładem jest tutaj książka "Nowa Gwinea", która oprócz zebranych zasad na temat armii australijskiej, nowych selektorów na ten front jest ... zbiorem scenariuszy całkowicie od siebie niezależnych.

Ponieważ zainwestowałem w Australijczyków, a Gonzo wygląda na chętnego do intensywniejszego tłuczenia się na Nowej Gwinei (czytaj rozegrania kolejnych scenariuszy) przyszło mi do głowy aby zamienić listę scenariuszy na byty połączone w jakiś sposób ze sobą.

Pewną inspiracją była dla mnie seria gier Close Combat gdzie oprócz pojedynczych bitew możliwe było rozgrywanie serii starć połączonych ze sobą dziedziczonym składem jednostek, które - dodatkowo - miały możliwość rozwoju i zbierania doświadczenia.




I tak się zrodził w mej głowie plan na kampanię a przy okazji na roczny challange, aby zagrać kolejne scenariusze z książki "kampanii" Nowa Gwinea (12 scenariuszy 12 miesięcy). Aby przyjemniej się grało scenariusze będą ze sobą w delikatny sposób zlinkowane.

Jako, że w oryginale poszczególne scenariusze nie nawiązują w żaden sposób do siebie, a chcemy zagrać kampanię, a nie 12 scenariuszy wprowadzimy pewne zasady mające na celu powiązanie kolejnych pól bitew. Haczyk musi być na tyle duży aby warto było o niego grać i nie na tyle duży aby zaburzył balansu kolejnych bitew.

Pomysł polega na stworzeniu elementu stałego i elementu zmiennego, zależnego od tematu, rodzaju aktualnie rozgrywanej bitwy.


Awans dowódcy

Elementem stałym jest rozwój dowódcy plutonu. Każdy z graczy rozpoczyna kampanię z niedoświadczonym podporucznikiem. Wygranie bitwy oznacza awans dowódcy o jeden na wymiarze doświadczenia: niedoświadczony -> regularny -> weteran. Po osiągnięciu poziomu weterana następuje awans o kolejny stopień wojskowy wedle schematu: podporucznik inexp/reg/wet -> porucznik inexp/eg/vet -> kapitan inexp/eg/vet -> major inexp/eg/vet. W każdej kolejnej bitwie koszt dowódcy jest taki sam jak na początku (i równy kosztowi niedoświadczonego podporucznika). Jest jednak warunek: dowódca musi przeżyć. Jeżeli zginie cała zabawa zaczyna się od początku.

Upadek morale

Przy tworzeniu elementu zmiennego chciałem upiec jeszcze jedną pieczeń, a mianowicie zmniejszyć rolę elementu losowego w grze, a konkretnie rzut na Tropical Hazard Table. W czasie ostatniej gry jeden rzut kostką sprawił, że zarówno dowódca jak i poganiacz japońskich niewolników polegli od chorób (zanim Gonzo mógł wydać im jakikolwiek rozkaz). Pomysł jest zatem taki aby w zwycięzca gry, której celem jest zadanie moralnego ciosu przeciwnikowi (rajd komandosów na tyły wroga czy też zasadzka przy wiszącym moście) miał możliwość w kolejnej bitwie dokonać modyfikacji wyniku rzutu na Tropical Hazard Table o 1 (na plus lub minus)

Wzmocnienie

Gdy celem scenariusza jest opanowanie lotniska lub innego ważnego punktu terenowego (zwykle to jednak były lotniska) zwycięzca tego scenariusza miałby możliwość uzyskać na czas kolejnej bitwy za darmo dziesięcioosobowy oddział niedoświadczonej piechoty. 

Wydaje mi się, że dzięki temu prostemu zabiegowi "kampania" nabierze cech kampanii.
Any comments?