Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gonzo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gonzo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 marca 2022

Wyścig do Moskwy - pierwsze starcie

 

Nie samym wargamingiem świat stoi, a, że pojawia się interesująca premiera, kontekstowo zbieżna (bo jest szansa dokopać kacapom) to i trzeba się było tematowi przyjrzeć bliżej. Mowa o nowej grze firmy Phalanx: Race to Moscow. 


 

Mylić się będą Ci, którzy poszukiwać w grze będą ekscytacji na polu militarnym. Tutaj o zwycięstwie decyduje dostęp do konkretnych zasobów. Kto twierdzi, że logistyka nie ma w wojnie znaczenia niech zanalizuje osiągnięcia radzieckiej bojowej techniki w czasie specjalnej operacji wojskowej w Ukrainie - a mówiąc po polsku jakie skutki ma brak paliwa i amunicji na wojnie rozpętanej przez ruskich. 

W grze Race to Moscow sfera logistyki została podniesiona do rangi kluczowego wymiaru decydującego o sukcesie w wojnie. Można powiedzieć, że gra jest twórczym rozwinięciem poprzedniej gry producenta: Race to the Rhine. Podobnie jak w przypadku poprzedniczki także i tu gracze wcielają się w rolę głównodowodzących frontów (i podobnie jak poprzednio: tej samej strony konfliktu!) by ścigać się - tym razem - o laur zwycięstwa w wyścigu do Moskwy. Zdobycie stolicy Moskali nie jest rzeczą prostą lecz wytknięty cel sprawia, że pokusa parcia do przodu jest wielka. Tyle, że to dość krótkowzroczna wizja. Bo stawianie tylko na szybkość natarcia daleko nas nie zaprowadzi. Zasoby armii szybko się wyczerpią i ruch naprzód zostanie powstrzymany. W tym czasie wroga obrona będzie tężała i o sukcesy będzie bardzo trudno.

Każdy z graczy dysponuje dwoma podstawowymi typami jednostek: grupą pancerną i armiami ogólnowojskowymi. Jak można się domyśleć grupa pancerna ma większy zasięg ale ... do ruchu potrzebuje dodatkowego atrybutu jakim jest paliwo. Ponadto Każda grupa pancerna to jedna aktywacja (z dwóch w danej turze). Z kolei armie ogólnowojskowe poruszają się wolno ale za to wszystkie w ramach jednej aktywacji. 

Każdy z graczy, dowodzących odpowiednio grupą armii: Północ, Środek i Południe ma charakterystyczne dla siebie cechy. Oznacza to odpowiednio: posiadanie floty umożliwiającej blokowanie portów sowieckich bałtyckich, dodatkowej grupy pancernej czy wysuniętej, dodatkowej bazy zaopatrzenia. Zatem gra na każdej z pozycji wygląda nieco inaczej.


Gracz musi zbalansować dwa podstawowe elementy: agresję w natarciu (celem wyeliminowania maksymalnie dużej liczby oddziałów nieprzyjaciela) i zbliżanie się do celu, oraz zaopatrzenie w materiały pędne, amunicję i żywność, które są niezbędne do prowadzenia walki. Tylko zachowanie balansu pozwoli przeć do przodu w optymalnym tempie. 

 


 

Każdy z graczy/dowódców może liczyć na okazjonalne wsparcie ze strony OKH (czyli naczelnego dowództwa) dzięki czemu łatwiej niszczy się umocnienia, szybciej przemieszcza się oddziały lub skuteczniej osiąga cele taktyczne.

Na swojej drodze do Moskwy gracze trafią na wrogie armie (różnej siły), oraz różnego rodzaju spowalniacze (jak błotniste drogi czy naloty sowieckich bombowców) lub przyspieszacze (wsparcie z innych krajów jak Włochów, Łotyszy czy Hiszpanów). I to tyle jeśli chodzi o element losowy. Zero kostek tyko karty akcji różnych typów dociągane w momencie aktywacji armii.

Jak grać aby wygrać?

Atakować i niszczyć wrogie oddziały aby posuwać się do przodu! Dlaczego to jest ważne? Bo w każdej aktywacji sowieci wystawiają na planszę nową armię. Pojawienie się na planszy ostatniej z dostępnych sowieckich armii oznacza koniec gry. Każda walka to zużycie cennych zasobów, których każda armia posiada ograniczoną ilość, i które trzeba przetransportować koleją lub samochodami w określonej ilości i rodzaju. Aby zoptymalizować działanie warto zatem okrążać wrogie oddziały w kotłach. Dzięki temu jednym pociągnięciem eliminujemy większą liczbę jednostek nieprzyjaciela. 

Warto również ważyć ryzyko! Czemu? Armia, która pójdzie do walki z niewystarczającą ilością zasobów traci wszystko co ma i ... nie posuwa się do przodu. Tu z pomocą przychodzi wsparcie OKH, dzięki któremu gracz może w newralgicznym momencie: użyć rozpoznania (czyli podejrzeć siłę wroga) wesprzeć atak np. oddziałem ciężkiej artyerii czy lotnictwa szturmowego. 

Podciągać zaopatrzenie! O tym, że to kluczowe, już pisałem. Armia bez amunicji, paliwa czy żywności nie walczy i stoi w miejscu, a tym samym daje szansę na okrzepnięcie wrogiej obrony. Gracze dysponują  określoną liczbą lokomotyw i samochodów transportowych, którymi mogą podwozić zaopatrzenie bliżej frontu. Aby użyć pociągów, potrzebna jest rozbudowa sieci kolejowej, a każda lokomotywa daje możliwość przewiezienia 6 jednostek zaopatrzenia, które ... należy dostarczyć z fabryk do głównej bazy zaopatrzenia.



 

Race to Moscow to typowa gra polegająca na zarządzaniu ograniczoną ilością zasobów na dodatek pod presją czasu. Dlatego tak bardzo gra mi się podoba. Rzecz nie jest łatwa i z całą pewnością kolejne rozgrywki różnić się będą od poprzednich bo rozkład wydarzeń na planszy będzie każdorazowo inny.

W pierwszej grze z Gonzem popełniliśmy sporo błędów (jak to przy pierwszej rozgrywce), jednak późniejsze podejścia solowe (tak gra zapewnia możliwość gry dla jednej osoby!) wskazały, że da się w to grać, nieco trudniej ale frajda jest wielka. Polecam: pilnujcie paliwa, amunicji i jazda na Moskwę!




czwartek, 13 stycznia 2022

Odkrywamy Empire of the Sun

 

Komu miłe zmagania na Pacyfiku z całym strategicznym podłożem ten prędzej czy później trafi na tę kobyłę czyli Empire of the Sun od GMT Games. Ze mną tak było właśnie. Będąc po lekturze kilku książek opisujących wojnę na Pacyfiku od strony japońskiej od poziomu dowódcy niszczyniela, poprzez asa myśliwskiego, aż po sztabowów, dowódców wyszło mi, że ... był pewien potencjał na to aby ta wojna przebiegła nieco inaczej (ze względu na ilość błędów jakie zostały poczynione zarówno na poziomie operacyjnym (planowanie operacji) jak i strategicznym (ustalania głównych kierunków działań).


 

Stąd pomysł na to aby pobawić się w What if ...? i spróbować własnych sił z Wojną na Pacyfiku. Stąd we dwóch z Gonzem, zadeklarowanych (wargamingowych) kibiców Imperium Słońca postanowiliśmy poświęcić kawałek czasu na rozgryzienie gry Empire of the Sun. No i wsiąknęliśmy:

Bo oto przyszło nam wziąć odpowiedzialność za planowanie operacji militarnych, organizowanie aprowizacji planowanie strategiczne. Gdyby tylko instrukcja była napisana nieco bardziej przyjaźnie... 

Efekt był taki, że gra potrwała nam bite 8 godzin (raz, że zasady znaliśmy tylko teoretycznie czyli po przeczytaniu raz "na sucho"), dwa, że ogrom i złożoność jednak robiła swoje. 

Mogę powiedzieć, że natychmiast po zakończeniu gry zacząłem planować działania do następnej rozgrywki. A to oznacza, że gra pozostawiła bardzo dobre wrażenie!

Jest oczywiście element losowy (ryzyko) ale - co bardzo sobie cenię - można nic zarządzać. Jedyny element, który moment, który jest czysto losowy to atak na Pearl Harbor gdzie historyczny wynik strat został potraktowany jako średnia i można uzyskać nieco więcej lub nieco mniej. 

Druga rzecz to ograniczone zasoby: ten motyw BAAAARDZO lubię, bo pozostawia ogromne pole do decyzji. O tym jak bardzo jest on istotny niech świadczy fakt, że do 5 etapu nie byłem w stanie (grając stroną japońską) poruszyć połowy swoich sił (bo nie pozwalał mi na to potencjał logistyczny. I - jak się spodziewam - w drugiej fazie gry (nie dograliśmy do końca więc gdybam) gdy inicjatywa przechodzi w ręce US Navy - szybkość działań będzie limitowana dostępnością zasobów. Te zaś odzwierciedlone są w formie kart operacji (militarnych, politycznych lub zasobów), które w limitowanej (i zmiennej) ilości można zagrywać w każdej turze. Moim zdaniem silnik napisany wyśmienicie i doskonale wpasowuje się w rzeczywisty przebieg działań. Gdyby tylko instrukcja była napisana nieco bardziej przyjaźnie ...

Połączenie operacji militarnych z realizacją celów strategicznych (wymuszenia kapitulacji państw/terytoriów) sprawia, że gra nie jest czystym szturmem do przodu ale wymaga planowania kolejnych etapów i sposobów realizacji celów. Wspaniałe!

No i na koniec: dobór warunków zwycięstwa dla Japończyków (bo warunki dla Amerykanów są oczywiste) to ograniczenie woli walki po stronie przeciwnika, na co wpływają postępy w wojnie (hołdowanie kolejnych państw i terytoriów), czy poniżenie floty. I to wszystko podlane sosem presji czasowej, w której działają Japończycy  (bo machina wojenna Amerykanów rozkręca się powoli ale skutecznie), który sprawia, że gra jest niezwykle emocjonująca. Ważne też, że w tej grze nie ma "jedynie słusznych rozwiązań" (z wyjątkiem wymuszonego ataku na Hawaje) i losy wojny można poprowadzić w różny sposób. To wszystko sprawa, że gra jest - wierzę - każdorazowo wspaniałym i nowym doświadczeniem.

Siły stron na początku gry

Stan gry w drugim etapie. Działania w Azji Środkowej przeprowadziliśmy zgodnie z propozycją z instrukcji (dla lepszego zaznajomienia się z mechaniką) i nie wszędzie zakończyły się optymalnie. Force Z przeżył, sukcesy w Holenderskich Indiach Wschodnich czy na Wake raczej dyskusyjne



Stan w ostatniej rozegranej turze piątej. Alianci rozwijają ofensywę na kontynencie i bronią się resztkami sił na Borneo. Dokonują też śmiałego rajdu na posiadłości japońskie na środkowym Pacyfiku startując z Wake. 

Sukcesem Japończyków jest wyniszczenie floty Amerykańskiej (wszystkie lotniskowce zatopione!) ale to hydra, któej każdą odciętą głowę zajmują kolejne i usadowienie się na północ od Nowej Gwinei. Starałem się aktywnie działać Kido Butai co zaskutkowało tym, że - parafrazując Andrzeja Kmicica - lotniskowce wytarły się od ciągłego zamiatania, a ponieważ większość było "przedwojennych" więc nieodnawialne. 

Poniżej krótki filmik na gorąco podsumowujący grę





niedziela, 8 kwietnia 2018

Relacja - kampania NG - scenariusz 3


Dziś trzecia odsłona kampanii na Nowej Gwinei. Po lądowaniu w ramach Operacji Ri, nocnym rajdzie komandosów australijskich na tyły wroga przyszedł czas na walki opóźniające ruch Japończyków w głąb wyspy. Australijskie wojska terytorialne dowodzone przez doświadczonego majora Owena miały za zadanie powstrzymać ruch napastników na płaskowyżu z lotniskiem. Również tym razem walki miały toczyć się w nocy. Przeciwnik miał 50% przewagę liczebną i poprzedzał natarcie przygotowaniem ogniowym. Australijczycy byli okopani i gotowi do opóźniania (zasada "fighitng withrawal"). Tyle wstępu, oddajmy jednak głos naszemu bohaterowi: podporucznikowi Kelly'emu:

No cóż: nie zostałem komandosem i wróciłem do mojej macierzystej kompanii obrony terytorialnej. Jednostka uzupełniona po pierwszych bojach znowu weszła do akcji. Naszym nowym zadaniem było powstrzymać ruch nieprzyjaciela w głąb wyspy wzdłuż drogi Kokoda. Nasze pozycje rozmieściliśmy w okolicy lotniska na płaskowyżu. 

Do mojego plutonu został przydzielony jako "opiekun" major Owen, doświadczony dowódca, który sprawował faktyczne dowództwo nad moim oddziałem. Nie miałem żalu, że moja rola została zmarginalizowana, wszak do tej pory specjalnie nie wykazałem się na placu boju... Major rozmieścił nasze siły w dwóch liniach: w pierwszej 4 sekcje ogniowe + snajper i ciężki karabin maszynowy. W drugiej linii dwie pozostałe sekcje strzeleckie i moździerz. W odwodzie pozostawała jedynie rusznica przeciwpancerna. Major był przekonany, że Japończycy zaatakują - wedle swojego zwyczaju - nocą. W związku z tym oddziały okopały się i przygotowały zasadzki ogniowe. W stosownym momencie mieliśmy użyć flar oświecających. 


Nadszedł wreszcie spodziewany wieczór. Czujki doniosły o zbliżających się oddziałach japońskich. Nasze prawe skrzydło było gotowe do zasadzki ogniowej. Pozostali czekali na rozwój sytuacji.Wkrótce pojawienie się Japończyków zapowiedziała nawała z moździerzy. Część naszych schowała się głębiej w dołki strzelnicze ale strat nie było.


Nieprzyjaciel pojawił się od strony północnej i północno wschodniej. Najpierw dobiegły uszu prowokujące strzały snajperów, potem pojawiła się jedna sekcja piechoty. Do tego czasu na naszych pozycjach obowiązywał rozkaz: "wstrzymać ogień". Po godzinie major zdecydował się wypuścić pierwszą flarę. Niestety źle oceniliśmy odległość. Pierwsza z japońskich sekcji piechoty była co prawda w otwartym terenie jednak poza zasięgiem ognia karabinowego. Jedynie  operator karabinu maszynowego mógł się jako tako wykazać, dzięki temu nieprzyjaciel trzymał się bliżej poziomu trawy. Nasz pamiętający czasy Wielkiej Wojny karabin maszynowy Lewis na szczęście się nie zaciął.



Szybko okazało się, że pojawiająca się piechota miała za zadanie jedynie rozpoznać nasze pozycje. Już wkrótce z północnej strony płaskowyżu zaczęły pojawiać się główne siły japońskie. Widząc nieprzyjaciela major zdecydował wypuścić drugą flarę. Dzięki niej Japończycy trzymali się na dystans i prowadzili z nami walkę ogniową. Niestety w związku z tym pojawiły się pierwsze straty po naszej stronie. 

Po drugiej przyszła trzecia - ostatnia - flara. Wtedy Japończycy ruszyli do ataku od północy. Lewoskrzydłowa sekcja sierżanta Sharpa wystawiona na skoncentrowany ogień japońskich karabinów maszynowych topniała w oczach. W pewnym momencie przy świetle flary Japończycy zdecydowali się na szybki atak wręcz. Australijscy terytorialsi ulegli przewadze nieprzyjaciela i zostali wycięci do nogi. Japończycy zadowolili się chwilowo uzyskaną zdobyczą i przeszli do obrony. Na to właśnie czekała obsługa naszego moździerza. Kapral Lobber odmierzył odległość i wypuścił granat. Pierwszy spudłował, wprowadził poprawkę i drugi wszedł już w cel. Dwóch Japończyków zawyło z bólu i oddział skrył się w zajętych właśnie dołkach strzelniczych.





W tym samym mniej więcej momencie ze wschodu ruszył do ataku drugi oddział japońskiej piechoty. Miał przed sobą inną przetrzebioną sekcję naszej piechoty. Sprawa wydawała się przesądzona. Koncentryczny atak z dwóch stron musiał zakończyć się totalną klęską.


W tym jednak momencie do akcji wkroczył mjr Owen. Jego zimna krew i pogarda śmierci wlały nowego ducha w naszych żołnierzy. Kolejna salwa z lekkiego moździerza wpadła między Japończyków skutecznie zatrzymując ich w miejscu na dłuższy czas. Wszystkie sekcje piechoty niemal jednocześnie wykonywały rozkazy. Dzięki temu udało się całkowicie zmienić ugrupowanie tak, aby przygotować się na przyjęcie wrogiego ataku. 


Dwie sekcje piechoty usunęły się sprzed frontu nacierających od wschodu Japończyków i przygotowały zasadzkę na skrzydle. sekcja MMG zmieniła front na północ i także była gotowa do oddania salwy. Gdy tylko Japończycy z okrzykiem Banzai! zbliżyli się na bezpośrednią odległość przywitał ich skoncentrowany ogień ze skrzydła wybijając połowę żołnierzy. Ci, którzy dopadli do naszych atakowali dość niemrawo. Australijscy farmerzy bronili się twardo i walczyli do ostatniego ... Japońskiego żołnierza.




W rękach majora Owena nasze niedoświadczone wojsko zamieniło się w oddziały weteranów. Błyskawicznie zajmowano nowe pozycje tak aby optymalnie przygotować się na kolejne posunięcia nieprzyjaciela. W jednej chwili dwie odwodowe sekcje piechoty zajęły pozycje w domkach, a te postrzelane dotąd opóźniały wroga na przedpolu. Gdy przeciwnik był już bardzo blisko nagle ... walka ucichła. W tych zapasach po raz kolejny Japończycy nie dotrzymali pola Australijczykom. Jeszcze raz się udało - pomyślałem. Szczęście, że był między nami major Owen, gdyby nie on, nie wiem jakby się to mogło skończyć.

Tyle relacji naszego bohatera, który tym razem dzielnie - niczym sir Robin - wycofywał się z kolejnych pozycji i finalnie nie oddał ani jednego strzału w stronę nieprzyjaciela. Szczęśliwie nie musiał, bo faktycznym dowódcą australijskiego ugrupowania był major Owen.

Przy okazji tego scenariusza miałem okazję przekonać się jaką potęgą jest wyższy dowódca na polu walki. Wydanie rozkazów jednocześnie czterem dodatkowym oddziałom daje wielką przewagę. Pozwala nawet niedoświadczonej zgrai dotrzymać pola i wybijać po kolei wrogie jednostki, bądź bardzo szybko zmieniać ugrupowanie całego niemal plutonu w jednej sekundzie.

Inną ciekawostką, która przydała mi się w tej bitwie była jedna z australijskich cech narodowych: Fighting Withrawal, jak ulał pasująca do tej konkretnej bitwy. Każdy oddział australijski, wykonując rozkaz Advance (w kierunku własnej krawędzi stołu), może po zakończeniu ruchu przejść w Ambush. Dzięki tej zasadzie udało się powstrzymać japoński walec Banzai jaki toczył się w stronę moich pozycji

No i jeszcze Never Give up. Gonzo dostawał piany gdy szarżując moje oddziały nie mógł ich złamać za pierwszym razem. Zdarzyło się, że walka wręcz trwała 3 tury i na placu boju pozostali niedoświadczeni Australijczycy.

Czasem po cichu przyznaję Gonzowi rację, że Australijczycy są przepakowani nie tylko pod względem wzrostu ale i "walorów użytkowych", gdyż ich zdolności narodowe w 120% dyskontują cechy japońskie. Cóż jednak poradzić skoro dodatek pisał Australijczyk. Bliższa koszula ciału...

niedziela, 11 marca 2018

Relacja - kampania NG - scenariusz 2



Zgodnie z obietnicą przedstawiam relację z kolejnej: drugiej bitwy należącej do kampanii Nowa Gwinea, którą oglądać będziemy oczami młodego podporucznika Thomasa Kellego. Jego pierwsze doświadczenia z Japończykami mogliśmy obserwować w czasie operacji Ri, która o mały włos nie zakończyła się zejściem śmiertelnym naszego bohatera. Tym razem podporucznik Kelly po wyjściu ze szpitala i - jakim takim - podleczeniu oparzeń po spotkaniu z japońskim miotaczem ognia dołącza do grupy komandosów. Celem działań tej grupy jest - działając na zapleczu japońskich wojsk inwazyjnych - zmuszenie przeciwnika do większego respektu dla broniących wyspy wojsk australijskich. Doświadczeni żołnierze, wyposażeni obficie w broń automatyczną i materiały wybuchowe mieli zniszczyć japońską placówkę w jednej z nowogwinejskich wiosek. Oddajmy jednak głos naszemu bohaterowi.

Dwa miesiące zabrała mi rekonwalescencja po ranach nabytych w czasie lądowania Japończyków na Nowej Gwinei. W tym czasie wróg posuwając się raźno naprzód zajął sporty obszar północnej części wyspy. Nasze skromne wojska próbowały opóźniać ten marsz jednak zmuszone były - w związku z jego dużą przewagą liczebną - do wycofywania się na kolejne rubieże. Wychodząc ze szpitala nie miałem pojęcia gdzie obecnie stacjonuje moja macierzysta jednostka. W związku z niedoborem kadr dostałem nowy przydział do australijskiej jednostki specjalnej. 

Od razu zaangażowałem się w trening chcąc dorównać sprawnością moim kolegom z jednostki. Po krótkim czasie doszły rozkazy wykonania zadania na tyłach wojsk japońskich. Jako dobrze znający topografię wyspy zostałem wybrany do dowodzenia jedną z sekcji komandosów i poprowadzenia oddziału w nakazany obszar. 


 Następnego wieczora dwie sekcje commando w towarzystwie miejscowych przewodników wraz z trzema drużynami specjalnymi wyposażonymi w materiały wybuchowe ruszyły w kierunku północnym. Poruszając się nocami przez dżunglę stosunkowo łatwo udało nam się pokonać japońskie ubezpieczenia i dotrzeć do miejsca przeznaczenia, którym była niewielka wioska, gdzie stacjonowała jedna z nieprzyjacielskich jednostek. Skryci w dżungli obserwowaliśmy przez pewien czas wrogi teren. Opanowaliśmy rutynę wartowników i lokalizację większości wrogich pododdziałów w obrębie obozu.


Wreszcie, gdy warunki pogodowe sprzyjały, kapitan Stetson dowodzący całą naszą wyprawą wydał decyzję o ataku. 


Plan nocnego ataku zakładał, że dwie drużyny wyposażone w materiały wybuchowe miały dotrzeć najkrótszą drogą do domów, w których stacjonowały oddziały japońskie, trzecia sekcja miała podobne zadanie obchodząc wioskę od strony wschodniej. Gros sił komandosów: czyli dwie pełne sekcje miały za zadanie jak najszybciej dostać się do wnętrza wioski. Plan zakładał zsynchronizowany atak przy użyciu materiałów wybuchowych. Ocaleli wrogowie mieli zostać wyeliminowani przez nas ogniem broni maszynowej.

Atak rozpoczął się gdy wszyscy strażnicy zaczęli poruszać się w stronę południową. Dzięki temu nasze siły główne mogły bez przeszkód wejść do wioski.Niestety po stronie południowej znajdowały się nasze sekcje saperskie. 


 

Jedna z nich znalazła się na tyle blisko japońskiego strażnika, że wzbudziło  to jego zaniepokojenie. Obrócił głowę i zobaczył dwa tuziny komandosów wkraczających do wioski. Rozległ się gwizdek alarmu i japońscy żołnierze zaczęli się budzić. I tyle z efektu zaskoczenia.



Trzeba było podjąć walkę z przeciwnikiem dwukrotnie liczniejszym od sił własnych. Sekcje minerskie raczej nie miały już szans na podłożenie materiałów wybuchowych i zmuszone były improwizować. Para sierżanta Richardsona odważnie rzuciła się do ataku na stanowisko japońskiego ckm. Podbiegli na odległość szturmową i wymietli serię do okopu. Jeden z przeciwników osunął się śmiertelnie ranny. Niestety pozostali prędko dopadli do swojej broni i roznieśli lekkomyślnych komandosów. Pozostałe pary nie podejmowały tak karkołomnych działań i poczęły posuwać się ostrożnie naprzód w kierunku zabudowań.



Wewnątrz wioski siły główne napotkały oddział Japończyków dowodzony przez podporucznika i wdały się w z nim w wymianę ognia. Nieprzyjaciel ponosił straty i doraźnie sytuacja wyglądała na opanowaną. Wtem z pobliskiej chałupy wyskoczył tuzin skośnookich wojowników i z krzykiem "Banzai" rzucił się na dowodzoną przeze mnie sekcję commando. Cóż, nie miałem doświadczenia w tego typu walkach i dałem się zaskoczyć. Japończycy roznieśli nas na bagnetach. Większość moich żołnierzy zginęła, mnie udało się ukryć w gdzieś w krzakach. 



Dalsze losy starcia znam z relacji kapitana Stetsona. Nocna potyczka trwała do rana. Druga sekcja commando dokonała zemsty za straty poniesione przez pobratymców. Z bezpośredniej bliskości oddano celne salwy z całej posiadanej broni maszynowej dziesiątkując Japończyków, a następnie ruszono do walki wręcz gdzie bagnetem i kolbą wybito wrogi oddział. Po krótkiej chwili podobny los spotkał drugi z Japońskich oddziałów.
Tymczasem wrogi dowódca próbował bezskutecznie zaprowadzić ład w japońskich szeregach. W związku z tym schował się w jednym z domków próbował przeczekać bitwę. Nasza drużyna komandosów przeczesywała  teren wioski w jego poszukiwaniu.



Tymczasem  po południowej stronie wioski nasi saperzy włączyli się do działań. Jedna z par podczołgawszy się do karabinu maszynowego strzelającego na oślep w stronę dżungli rzuciła w okop granaty i w walce wręcz wyeliminowała oddział nieprzyjaciela, zajmując ich pozycję. Jeden z naszych saperów został w walce ciężko ranny i tym samym wyeliminowany z walki. Słysząc strzelaninę inna drużyna japońska ruszyła w stronę okopu celem odzyskania pozycji. Ocalały saper widząc przeważające siły wroga opuścił pozycję ewakuując i ewakuując rannego towarzysza umknął w stronę dżungli.



Po drugiej stronie wioski inna sekcja saperów próbowała podłożyć ładunki pod jedną z chat by zadać straty przebywającemu tam oddziałowi japońskiemu. Niestety dostrzeżeni i ostrzelani, zostali zmuszeni do schronienia się w sąsiednim budynku. Wymiana strzałów nie wróżyła powodzenia akcji. W związku z tym dwójka saperów potajemnie wyczołgała się z chaty, a następnie jednym susem dotarła do budynku zajmowanego przez wrogi oddział.


  
Po chwili drzwi i połowa chaty wyleciała w powietrze, czterech Japończyków padło, a reszta w oszołomieniu próbowała się zebrać. Wybuch był słyszalny i widoczny w całej wiosce. Inna z drużyn japońskich dostrzegając kolejne ognisko zagrożenia ruszyła pędem w tę stronę. Tymczasem saperzy wykonawszy zadanie wycofali się w kierunku dżungli. 

W centrum wioski drużyna komandosów zlokalizowała nieopatrznie ostrzeliwującego się z broni ręcznej japońskiego dowódcę i w szybkim ataku wręcz wyeliminowała go z dalszych  działań.

Walka dobiegła końca. Akcja typu "Hit and Run" zakończyła się pełnym sukcesem. Wojska japońskie w wiosce zostały zdziesiątkowane i - co najważniejsze - nabrały większego respektu do naszych wojsk. Kapitan Stetson został za tę akcję wyróżniony w rozkazie dowódcy batalionu, a ja ... cóż dostałem przeniesienie z powrotem do oddziałów milicji terytorialnej. To nic, jeszcze pokażę żółtkom, jak potrafi bronić swojej ziemi australijski oficer rezerwy. 

Tyle relacji podporucznika Kellego, którego niestety ominie dalsza kariera dowódcy oddziału komandosów ale najprawdopodobniej będzie miał jeszcze okazję wykazać się dowodząc oddziałami australijskiej obrony terytorialnej w niejednej bitwie.

Gdy patrzę na scenariusz Salamaua Raid to mieszają mi się dwa rodzaje uczuć:
Z jednej strony tego typu - niewielki w gruncie rzeczy - scenariusz (po każdej stronie jest nie więcej niż 5 kości) teoretycznie zapewnia dość dynamiczną rozgrywkę. Pierwsza część (tzw faza infiltracji) polegająca na zajęciu pozycji wyjściowych do ataku najbardziej przypomina mi grę Commandos Behind the enemy lines gdzie atakujący musi przechytrzyć zachowujących się mniej lub bardziej przewidywalnie wartowników.


Jednocześnie mam pewien niedosyt jeśli chodzi o zasady wykrycia wroga przez strażników. Odnoszę wrażenie, że atakujący ma nikłe szanse na skryte podejście pod wrogi obiekt. Jedynie większemu doświadczeniu i lepszemu uzbrojeniu moich wojsk mogę zawdzięczać końcowe zwycięstwo. Już w pierwszej turze wartownicy wroga zostali zaniepokojeni (samą obecnością mojego small teamu w odległości 12") i wykonali gwałtowny ruch, który doprowadził do wykrycia moich oddziałów i wzbudzenia alarmu. W tej sytuacji miałem do czynienia ze 100% sił nieprzyjaciela. Szczęśliwie udało mi się wyeliminować większą liczbę nieprzyjacielskich oddziałów i w porę czmychnąć do dżungli.
Ponadto zastanawia mnie w jaki sposób w fazie infiltracji powinny zachowywać się oddziały obrońcy pozostające w spoczynku (ich kości nie ma w worku). Zasady nie precyzują czy atakujący może czy też nie wyeliminować je bez wzbudzania alarmu, np. poprzez atak wręcz.

Podsumowując zasady Rajdu rokują, a scenariusz jest dość ciekawy, kameralny i teoretycznie krótki. Teoretycznie gdyż niejasne zasady Rajdu (lub też brak doświadczenia w poruszaniu się po nich) zmuszały nas do poświęcenia sporej ilości czasu na wyjaśnianie wątpliwości. Sprawę komplikowała dodatkowo walka nocna, która mocno determinowała sposób i możliwości prowadzenia walki. Mimo wykrytych mankamentów, chętnie zagrałbym jeszcze raz podobny scenariusz.

środa, 14 lutego 2018

Wellcome to the jungle


Przygotowując się do kolejnej bitwy kampanii Nowa Gwinea musiałem nieco popracować nad terenem. Wyspa to wszak teren pokryty często-gęsto dżunglą i w takim właśnie terenie przyjdzie nam się z Gonzem zmierzyć następnym razem.
Jako, że dżungla składa się głównie z  ... dżungli czyli różnorodnych roślinek gęściej lub rzadziej uplasowanych zatem teren jakiego będziemy potrzebować powinien spełniać następujące kryteria:

- powinno być go dużo

- powinien być łatwy w budowie
- różnorodny
- estetyczny
- bez szaleństw cenowych
- składany

Istotną inspiracją w budowie był dla mnie - jak zwykle - Mel Bose Terrain Tutor

Pierwsze, drugie i trzecie kryterium zawęziło mi pole manewru do produktów adaptowanych, w związku z czym częściej zacząłem odwiedzać sklepy zoologiczne. Kryterium szóste kazało mi zaprzyjaźnić się ze sprzedawcami znad Huang-Ho. Kryterium czwarte pozwoliło mi na pewną dozę subiektywizmu.

Materiały

Do zrobienia podstawek wykorzystałem stare płyty CD (a może DVD?) i a do większych spienione PCV grubości 3mm. Oba materiały zapewniały mi sztywność podstawek.
Roślinność wysoka to plastikowe palmy, średnia to sztuczne rośliny akwariowe. Wszystkie materiały kupione w Chinach i ... w Czechach gdzie udało mi się znaleźć ładne wzory roślin wielkolistnych i pomniejszych traw. Podłoże to wysuszona zużyta kawa (dobrze sprawdza się jako świeża ziemia) i posypka trawiasta w kilku kolorach. Na kilku podstawkach próbowałem sił - oceńcie na ile udatnie - ze starymi martwymi drzewami. Pnie wyciąłem z korzeni dostępnych w sklepach zoologicznych.



Zważywszy na kryterium siódme roślinność wysoka musiała być demontowalna aby podstawki można skompaktować w pudełkach, podobnie jak drzewka. Dla uzyskania  żądanego efektu każde drzewko otrzymało gniazdo na wpust ukryte w uformowanym na kształt bulwy korzeniowej kawałku styroduru. 



Styrodur umieszczony gdzieniegdzie na podstawkach pozwalał wygodnie osadzać roślinność średniej wielkości . Zanim jednak do tego doszło całość podstawki została pomalowana podkładem Raw Umber z dodatkiem PVA, potem dodane gdzieniegdzie kamienie, a po wyschnięciu pokryta ziemią z kawy. Jako, że wszystkie podstawki będą stały na macie trawiastej brzegi podstawek dostały modulowaną kolorystycznie zewnętrzną obwódkę z trawiastej posypki. Następny etap do sealing mocno rozrzedzonym PVA z psikawki i zabawa w ogrodnika.



Starałem się nadać jak największą różnorodność podstawkom aby - w moim pojęciu najbardziej przypominały dżunglę. Jak to wyszło oceńcie sami.




 
Pomysł z demontowalnymi drzewkami ma jeszcze jedną zaletę. Nie muszę kupować oddzielnych palm na teren pustynny ;)










środa, 7 lutego 2018

Prace ogrodnicze - zieleń przy drodze


W ramach planowanych prac ogrodniczych związanych u umajaniem stołów normandzkich sporym wyzwaniem były dla mnie żywopłoty. Chodziło o rozwiązanie proste i pozwalające na "masową" produkcję żywopłotów powszechnych we Francji i przydatnych w innych rejonach Europy. Początkowo rozważałem wariant zaproponowany przez Warlorda:


Wśród zalet tego rozwiązania jest segmentowa konstrukcja (miła od zawsze w moim życiu) i estetyka na szóstkę. Niestety nie upadłem jeszcze na głowę aby wybecylować 60GBP na kilka odcinków żywopłotu. Potrzebowałem rozwiązania tańszego.
Idealnie byłoby aby materiał na żywopłot był zielony, kosmaty i odpowiedniej grubości i tani. Dzięki temu możliwe byłoby naklejenie gotowych odcinków materiału na paski podstawy, wymodelowanie brzegów i hajda na stół.
Gonzo podsunął swego czasu pomysł użycia zmywaka do naczyń. Trop był dobry ale dostępne w sprzedaży zmywaki są o wiele za wąskie. Tworzenie podwójnych warstw dało mierne efekty, zatem należało szukać dalej. Na którymś z anglojęzycznych blogów modelarskich zauważyłem to czego szukałem: materiał zmywakopodobny ale dużo grubszy w sam raz na żywopłot. Pozostało pytanie: czy jest dostępny w Polsce. Nasłuchując prowadzącego videoblog usłyszałem słówko: "pad".
Okazuje się, że był to strzał w dziesiątkę bo pod tą właśnie nazwą produkt funkcjonuje w handlu. Poznajcie: Pad ręczny do czyszczenia":


Domyślnie produkt służy do szorowania podłóg po remontach. U mnie posłużył do robienia żywopłotów. Odcień zielonego dobrze rokował, zmówiłem i oczekiwałem na dostawę.
Następnego dnia  dostałem materiał na żywopłoty spełniający wszystkie moje wymagania. Miał odpowiednie rozmiary, kolor, elastyczność i teksturę, no i cenę! Dopasowując segmenty podstawek do wielkości moich odcinków dróg powstało - jak dotąd - kilkanaście fragmentów żywopłotu. Jeszcze drugie tyle i wystarczy na pełen normandzki stół.



A mój przepis na żywopłoty jest następujący. Na przycięte na żądaną długość odcinki spienionego PCV grubości 1mm. mocuję gorącym klejem elementy pada. Następnie modeluję boki podstawek, ja użyłem glinki modelarskiej DAS. Po zaschnięciu maluję Raw Umber, a następnie oklejam wyciągniętą z ekspresu zużytą kawą, która - moim zdaniem - świetnie imituje świeżą ziemię (dzięki Gonzo za patent). Gdzieniegdzie zostawiam większe lub mniejsze luki w żywopłocie, a to na furtkę a to na drzewko.

A skoro o drzewkach mowa, na powyższym zdjęciu widać świeżo dostarczone z Chin produkty. Uważam, że świetnie się komponują z resztą krajobrazu. Drzewka montowane są na wcisk w zainstalowane uprzednio tulejki, osadzone w podstawce ze styroduru.

Kiedy skompletuję moje żywopłoty zapraszam do Józefosławia na grę gdzieś w polach Normandii lub Holandii. W takim krajobrazie granie scenariusza Oosterbeeck będzie w końcu wykonalne!


sobota, 3 lutego 2018

Relacja - kampania NG - scenariusz 1

 
Jakiś czas temu dyskutowaliśmy z Gonzem na temat scenariuszy publikowanych w książce kampanii Nowa Gwinea. Uznaliśmy, że pojedyncze gry nie rokują ale spróbujemy rozegrać je jako ciąg gier połączonych ze sobą w jakiś sposób elementem fabularnym i dodatkowym warunkiem zwycięstwa, który uatrakcyjniłby rozgrywkę.
Ponieważ jednym z takich elementów wiążących scenariusze miała być postać dowódcy i jego rozwój niech ta kampania będzie jak powieść w odcinkach. O kolejnych wydarzeniach na froncie opowiadać będzie od strony australijskiej jej główny bohater: Thomas Kelly, świeżo powołany podporucznik wysłany ze swym oddziałem na Nową Gwineę.

Nazywam się Thomas Kelly i jestem nauczycielem szkoły elementarnej w małej miejscowości w Nowej Południowej Walii. Mam kochającą żonę i trójkę dzieci. W 1941 roku gazety donosiły o dość niepokojących zachowaniach Japończyków w Azji. Dopóki prowadzili oni działania wojenne w Chinach mało się nimi przejmowaliśmy. Jednak gdy zaczęli posuwać się na południe zajmując kolejne obszary, począł się budzić w nas niepokój, Upadek Singapuru, a nade wszystko zniszczenie floty Pacyfiku w Pearl Harbor zmroziło nasze serca. Australia będzie następna, mówili. 
Nasze wojska dzielnie walczyły w Afryce Północnej ale w kraju brakowało wojska. Do obrony terytorialnej powoływano ochotników. Zaciągnąłem się i ja. Dziwne to było wojsko i marnie wyekwipowane. Woźnice, pasterze i cieśle, a dowodzili nimi nauczyciele, pastorzy i lekarze. Niewiele wiedzieliśmy o wojaczce, bo kadry znajdowały się na froncie europejskim. a szkolenia prowadzili weterani z lat Wielkiej Wojny, którzy lata swojej największej sprawności mieli już za sobą, a i doświadczenia wojenne mieli dość wiekowe. Uzbrojenie i wyposażenie także pamiętało czas Wielkiej Wojny. Cóż jednak począć, trzeba było walczyć tym co było w dyspozycji.
Z początkiem 1942 roku, po krótkim przeszkoleniu zostałem z moim oddziałem przerzucony na Nową Gwineę, która - jak mówiono - była kluczem do Australii. Znaliśmy swoje słabości ale nie mieliśmy zamiaru łatwo się poddać.

Pluton, którym dowodziłem był jednym z wielu wysłanych do obrony plaż przed siłami inwazyjnymi. Do dyspozycji mieliśmy łopatki saperskie i kilkanaście zwojów drutu kolczastego. Zdawaliśmy sobie sprawę, że długo nie wytrzymamy ale naszym celem było opóźnienie działań nieprzyjaciela i uzyskanie o nim jak największej ilości informacji.
Po kilku dniach moje Kangury wgryzły się w ziemię na skraju plaży, chroniąc się przed atakiem piechoty kozłami z drutu kolczastego. Do dyspozycji miałem pięć pełnych sekcji po 10 ludzi, częściowo wyekwipowanych w stare karabiny maszynowe Lewis, pojedynczy ckm Vickers i (na wypadek gdyby na plaży pojawiły się czołgi) rusznicę Boys. Plutonem opiekował się stary kapitan Smith, który od początku odpowiadał za organizację mojego oddziału. 
W pierwszej linii okopów miejsca zajmowały sekcje sierżantów: Donovana, Croucha i  Willisa. Środek pozycji osłaniał pojedynczy ckm, a na prawym skrzydle usadowiła się obsługa rusznicy Boys. 
W drugiej linii zachowałem - zgodnie z radą kapitana Smitha - dwie sekcje piechoty, gotowe do zaangażowania się na najbardziej zagrożonym odcinku. Odwodem zarządzał kapitan Smith.
Tymczasem czekaliśmy.


I doczekaliśmy się. Zaczęło się od tego, że Japończycy zajęli Nową Brytanię. Nasi stawiali opór lecz musieli się wycofać. Pojawienie się żółtków było teraz kwestią najbliższych dni. Pewnego wieczoru uszom naszym dał się słyszeć jakiś wzmożony hałas. W kierunku plaż zaczęły zbliżać się łodzie desantowe pełne Japończyków. W tym samym momencie przybiegł goniec z batalionu, z rozkazami: mamy się utrzymać przez 6 godzin, może godzinę dłużej.


Szli jak po swoje nie zachowując w ogóle środków ostrożności. Zachowywali się głośno, a po wylądowaniu rozniecili na plażach ogniska. Widać ich było jak na dłoni. Szkoda było zmarnować taką okazję. Pozostające w gotowości oddziały przymierzyły do najbliższej grupy Japończyków. Skoncentrowany ogień skosił oddział nieprzyjaciela, który nie miał gdzie się ukryć.



Straty zadane wrogowi bardzo podbudowały moich żołnierzy. Nieprzyjaciel, przed którym wiele serc drżało okazał się być tylko człowiekiem podatnym na kule karabinowe jak każdy inny. Kłopot polegał na tym, że otwierając ogień odkryliśmy własne pozycje. 

 Od tej pory nieprzyjaciel zaczął poruszać się powoli i ostrożniej. Od czasu do czasu wprawne oko australijskiego myśliwego dopatrzyło się jakichś postaci brnących przez szeroką plażę. W takich sytuacjach oddawano strzały i kiedy-niekiedy żółty żołdak padał z jękiem.

Po dłuższym czasie Japończycy dotarli do zapory z drutu kolczastego próbując ją sforsować. Wyglądało to tak jakby nie zostali wyposażeni w narzędzia do jego cięcia. Do forsowania przeszkody używali bagnetów piekląc się przy tym po japońsku. Jedynie na lewym skrzydle zapora została szybko sforsowana i żółtki ruszyły w stronę - bliskich już - naszych pozycji. 



Pierwszy z oddziałów został przywitany skoncentrowanym ogniem trzech sekcji. Poniósł ciężkie straty ale posuwał się dalej. Niepokój budziła złowroga postać z dużą bańką na plecach i chustką na twarzy. Wprawni strzelcy próbowali ustrzelić tę postać ale bezskutecznie. Za oddziałem posuwał się następny poganiany przez japońskiego oficera.Wróg ponosił straty ale parł dalej. Podszedłszy blisko naszych pozycji skoncentrował swój ogień na skrajnej lewej sekcji sierżanta Donovana przygważdżając ją do ziemi. Pojawiły się też pierwsze straty.
 

W międzyczasie na prawym skrzydle wrogowi udało się przy pomocy zaimprowizowanych narzędzi sforsować przeszkodę przeciwpiechotną. Na tym skrzydle walczyła jedna sekcja piechoty. Ogień prowadził również Boys ustrzeliwując - o dziwo - od czasu do czasu jakiegoś Japończyka. Żółci podchodzili pod nasze pozycje.



Na lewym skrzydle nieprzyjaciel doszedł na odległość szturmową. Nagle postać w chustce zakrzyknęła coś po japońsku i z dyszy, którą brałem wcześniej za karabin wydobył się słup ognia. Na szczęście Japończyk chybił. 
Sekcja sierżanta Donowana dostała rozkaz ruszenia do kontrataku i zlikwidowania miotacza ognia. Niestety żołnierze skulili się w okopie i nie chcieli ruszyć do walki. Sąsiednia sekcja sierżanta Croucha ostrzeliwała z bezpośredniej odległości drugi z japońskich oddziałów zadając mu straty.


 Ta sytuacja nie mogła się dobrze skończyć. Skoro miotacz pozostał nienaruszony kwestią czasu było, iżby posłał po raz kolejny swój śmiercionośny ładunek nieco lepiej tym razem celując. I wkrótce się to stało: postać w chustce wychynęła zza jakiegoś krzaka i bluznęła ogniem wprost w miejsce gdzie ukryci byli żołnierze Donovana. Straszliwy krzyk  był oznaką na ile wroga broń była skuteczna. Sekcja sierżanta przestała istnieć. Na taki ogień najlepsza jest zimna krew. Osłabiony oddział japoński który wysforował się zanadto do przodu stracił czujność. Wysłałem rozkaz do sierżanta Croucha aby skoczył i bagnetem wykłuł nieprzyjaciela. Sekcja czym prędzej opuściła okop i rzuciła się na nieprzyjaciela wybijając go do nogi. Jeden z własnych ludzi został w tej walce ranny ale zdobyte w walce doświadczenie przysporzyło żołnierzom pewności siebie.



Na prawym skrzydle sprawy nie wyglądały dobrze. Nadciągający z plaży przeciwnik unieszkodliwił rusznicę przeciwpancerną i wpadł w nasze okopy. Rozpoczęła się wymiana ognia z sekcją sierżanta Willisa. W centrum powstał nowy wyłom w zasiekach, przez który w naszą stronę sypnęła się kolejna grupa Japończyków.


Wróg poczynał sobie dość zuchwale ale ponosił straty. Sierżant Willis - w cywilu mechanik samochodowy i lokalny zabijaka opuścił okop i postanowił szukać szczęścia w walce wręcz.
Zaskoczeni Japończycy nie mieli czasu otworzyć ognia do zbliżających się żołnierzy Willisa. Japoński oddział przestał istnieć. Żołnierze Willisa bezpiecznie wrócili na swoje pozycje. 


 Na lewym skrzydle sytuacja wydawała się wyjaśniona. Jeszcze jeden skok Croucha i japoński miotacz przestałby się naprzykrzać. Większy mój niepokój budziło skrzydło prawe którego ... w zasadzie nie było. W związku z tym cały odwód rozkazałem przesunąć w tamten rejon. Dochodziła szósta godzina walki zatem zgodnie z planem mieliśmy się zaraz wycofać. W tym samym momencie jednak pojawił się goniec informując, że musimy wytrzymać jeszcze dwie godziny. 



Misterny plan prysł. Czyżby sierżant Crouch zbytnio zachłysnął się swoim zwycięstwem dość, że wrogi miotacz wskoczył do okopu i rzygnął ogniem w stronę naszych żołnierzy. Sekcja sierżanta Croucha spanikowała, jego ludzie rozbiegli się na wszystkie strony. 



Zrobiło się nieco nerwowo. Lewe skrzydło, które wydawało się bezpieczne ziało niepokojącą dziurą, a skrzydło prawe zdawało się bardziej bezpieczne. A skoro już o tym mowa, na skrzydle prawym Japończycy ruszyli w głąb lądu. Dwie sekcje piechoty odwodowej wraz z pocztem kapitana Smitha ostrzeliwało ich z boku zadając straty. Niestety oddział japoński wyrwał się.


W tym samym czasie na lewym skrzydle zrobiło się dziwnie cicho. Słychać było tylko dźwięki postaci pobrzękującej mieczem. Niestety postać pozostawała niewidoczna i niemożliwym było ruszenie jej śladem. Minęła już ósma godzina wali i adiutant zwijał stanowisko dowodzenia gdy tuż przed moim okopem stanęła postać z chustką na twarzy, zakrzyknęła coś gardłowo i bluznęła w moim kierunku ogniem.




Obudziłem się w szpitalu. Całą głowę i ręce miałem zabandażowane. Na nocnym stoliku stał wazonik z kwiatami, pudełeczko i list. W pudełeczku znalazłem order za odwagę. List okazał się być odpisem rozkazu dowódcy pułku, w którym gratulował mojemu plutonowi doskonałej postawy żołnierskiej, która przyczyniła się do osiągnięcia zakładanych celów. A więc wygraliśmy! Co za szczęście. Dopiero później dowiedziałem się, że z pierwszej fali japońskiego desantu przedarły się w głąb lądu pojedyncze oddziały. Zadanie zostało wykonane. 
Dopóki rany od oparzeń się nie wygoją pozostanę w szpitalu, a potem wrócę na front. Ciekawe czy spotkam swoich towarzyszy broni ... ?

Tyle relacji podporucznika Kellego, który zwycięstwo na plaży przypłacił niemal własnym życiem. Gdy patrzę na scenariusz Operation Ri myślę sobie, że jest tu sporo do poprawienia.

Czas. Celem Japończyków jest w tym scenariuszu opuszczenie planszy przez australijską krawędź. Zakładając, że będą posuwali się naprzód z maksymalną dozwoloną prędkością przy założonym czasie trwania scenariusza nie mają szans na realizację tego zadania

Przeszkody. Gracz japoński ma przed sobą linię zapór przeciwpiechotnych, do których sforsowania nie ma dostępnych narzędzi. Jedyną nadzieją dla nich są saperzy wyposażeni w odpowiedni sprzęt. Ale czy wyłom wykonany przez ten oddział pozwoli osiągnąć sukces? Wszak to przed inżynierami przeciwnik ustawi najsilniejszą zaporę piechoty ...?

Przygotowanie artyleryjskie: gracz japoński nie posiada w tym scenariuszu możliwości zmiękczenia australijskiej obrony. Idzie w kierunku okopów na spotkanie ze swoim przeznaczeniem

Aby scenariusz był grywalny postanowiliśmy wydłużyć go o dwie tury i skrócić szerokość trudnego terenu do 24".


Przed nami kolejna bitwa. Tym razem australijscy komandosi spróbują zaskoczyć we wiosce śpiących Japończyków. Scenariusz zapowiada się ciekawie gdyż jest skonstruowany na zasadach Raiding, gdzie w pierwszej części gry Atakujący próbuje ominąć, względnie wyeliminować wrogich strażników a w drugiej następuje realna walka. A relacja z tej bitwy już wkrótce!